niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 28 listopada 2005

To co mamy jest dla nas oczywistością. Jesteśmy ludzmi, musimy więc mieć co jeść, gdzie spać, musimy mieć ubranie i ciepłe buty i drobne przyjemności też nam się należą i ta nowa książka i tamta fajna bluzeczka i nowy gatunek wina. Jesteśmy tacy wrażliwi, tak bardzo przejmują nas wieści o tym, co się dzieje złego, że martwimy się tym przez parę minut, by potem nieświadomie wyrzucić to z pamięci.

Wczoraj stanęłam z problemem biedy oko w oko. Albo żeby to było bardziej obrazowo, nos w nos.

Było to późne popołudnie, ja nastrój miałam raczej kiepski, za oknem szarość i chlapa, w środku zimnawo, niknące gdzieś w przestrzeni światło, obojętni ludzie, dzwonienie talerzy - wnętrze zwykłego baru w centrum. Byłam sama z Hanią, w duszy miałam syndrom samotnej matki, na zewnątrz zjeżona, czujna na to co może się stać (oczyma wyobraźni widziałam już te czarne scenariusze). I nagle na swoich plecach poczułam cień - wielka postać stanęła zaraz za mną i nie dając mi nawet ochłonąć nachyliła się z rozmachem do mojej twarzy. Odważna jestem, ale w tej sekundzie serce stanęło mi ze strachu, chociaż na twarzy nie drgnął mi nawet jeden mięsień. Spojrzałam olbrzymowi prosto w oczy.

To był bezdomny. Brudny, zarośnięty, zsikany i śmierdzący.Taki szablonowo dla mieszczan wyglądający osobnik bez domu. Zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, usłyszałam szept:

- "Niech mi Pani da na zupę, ja nie chcę pani pieniędzy, chciałbym tylko zjeść cokolwiek, niech mi Pani tylko kupi zupę".

Zatkało mnie. Miałam milion uczuć w głowie. Milion brzydkich uczuć i milion pięknych.Obrzydzenie, mimowolny strach, uczucie porażki, że niektórzy nie mają nawet na zupę, wstyd, ze tak łatwo się zapomina o tym co się ma i o tym, że my wszyscy piekni i pachnący tak rzadko widzimy w takim kimś drugiego człowieka. Uczucie litości i chęć pomocy.

I chociaż wspomniany osobnik dostał ode mnie i na zupę i na solidne drugie i dziękował mi bardzo zadzwiony moją spontaniczną reakcją to wyszłam z przekonaniem, że mimo wszystko bezdomni to jednak w jakimś stopniu porażka człowieczeństwa (czy też może raczej społeczeństwa). Wiem, że dla częsci to dobrowolny wybór, ale dla częsci nie, cokolwiek by tu powiedzieć.

niedziela, 27 listopada 2005
A dziś już jest lepiej, sił we mnie więcej, słucham sobie mojej Evy Cassidy z Hanią siedzącą mi na brzuchu i jest mi dobrze, bo mam swoje miejsce na tym świecie, mam swoją Hanię i już nie narzekam :)) W żyłam wartko płynie kofeina, w głowie planów parę niezłych całkiem, w kieszeni kluczyki do samochodu, dalej dziewczyno, dalej :))
sobota, 26 listopada 2005

Pewnie jutro będzie inaczej, pewnie jutro wykasuję ten wpis, pewnie jutro inaczej spojrzę na to wszystko. Pomyślę o sobie inaczej, postawię się do pionu, założę stalowy gorset, ale to jutro.

A dzisiaj cichutko szepnę, że jest mi źle. Nie, nic się nie stało, nikt nie umarł, wszyscy są zdrowi, ale nie jest mi dobrze. Nie chcę myśleć, że nie powinnam tak myśleć, że tyle mam i że jestem niewdzieczna. Nie, taka rozsądna będę jutro, dzisiaj powiem tylko, że jestem nieszczęśliwa. I nie wiem jak to będzie. I że to boli i nawet moja jazzowa muzyczka nie pomaga. Dzisiaj jest wieczór dla mnie, dla moich myśli, mojej muzyki, moich uczuć.

A jutro znów będę uśmiechnięta i dobra. Jutro, już za chwilę, ale jeszcze parę godzin jest moich...

piątek, 25 listopada 2005

Czasem zdarza mi się poranek samobójcy, na pewno wiecie o co chodzi. Od pierwszego niewinnego splotu lawina kolejnych zdarzeń nakręca się tak, że wychodząc z domu (wreszcie) masz jedynie ochotę wyskoczyć przez okno i ukrócić własne cierpienia. Niby to tylko jeden poranek, ale co może się zdarzyć (oczywiście wszystko wydarza się na raz:

- dziecko budzi się godzinę wcześniej i nie chce zasnąć;

- jestem niewyspana i nie kontaktuję jak trzeba, podniesienie ręki to wysiłek ponad moje siły a co dopiero całe ciało, zwłaszcza oporny tyłeczek;

- okazuje się, że wyłaczyli ciepłą wodę a zimna ma kolor brudno-żółty;

- z kawy wychodzi cienka lura zaraz rakiety pobudzającej, nowej nie chce mi się robić;

- na przygotowanym wcześniej ubraniu (bo w pracy ważne spotkanie) pojawia się niespodziewanie rozległa plama, nie ma rajstop w odpowiednim kolorze, na zastępczych zrobiła się dziura, spódnica wisi na mnie, żakiet nie pasuje do spodni, tylko do spódnicy, ale spódnica nie pasuje do butów, buty pasujące są okropnie niewygodne i nie na tą pogodę, za to sweterek niespodziewanie nie mieści się w biuście;

- włosy zamiast układać się w fajną fryzurkę stercza na wszystkie strony a potem na komendę robią padnij!

- mąż wybywa skoro świt (ważne sprawy) a dziecko przykleja się do nogi prosząc nieustająco o wzięcie na ręce;

- koty mają zbiorowe rozwolnienie - do łazienki jest kolejka chętnych i kolejka kuwet do umycia, kończy się papier toaletowy i/lub mydło;

- dziecko kategorycznie żada uczestniczenia we wszystkich, nawet najbardziej intymnych czynnościach (typu siku itp.);

- dezodorant się skończył po użyciu pod jedną pachą, pozostaje mi dezo męża albo nic, z wahaniem biorę to pierwsze;

- dziecko robi mega śmierdzącą kupę w świeżo założoną pieluchę, roztaczający się "aromat" nie pozwala mi udawać, że tego nie widzę czy czuję, a opiekunki/Busi jeszcze nie ma;

- puder się połamał i za chwilę skończy, przez chwilę nieuwagi kawałek pudru spada na białą koszulę wkutek tego proces ubierania, prasowania, dopbierania rozpoczyna się od początku;

- jestem już spóźniona a jeszcze nie wyszłam, wszystkie zegarki w domu zdawają sie krzyczeć mi to w twar;

- pakuję torebkę, nie ma futerałów lub okularów, telefon jest w ręku Busi, która od 5min czeka na połączenie z przychodnią i nie wygląda na to, żeby miała uzyskać połączenie;

- okazuje się, że kot zrzucił płaszcz i umościł się na nim wygodnie, wrzucam więc inny który nie pasuje do czapki, szalika, rękawiczki pozostały w innej torbie/płaszczu, tylko w którym?

- robię rachunek w głowie czy wszystko wzięłam. Telefon, portfel, książka jest, ale czy wzięlam klucze? Wywalam wszystko z torebki, klucze są na dnie, ufff.

- wybiegam z mieszkania, za mną powiewa długi szalik i wypchana po brzegi torba, myślę, że muszę kupić bilet, że jestem spóźniona, że Hania macha mi rączką na pożegnanie, że przede mną ciezki dzień.

- w metrze tłum próbuje zrobić ze mnie prasowankę, sardynki w porównaniu do mnie zażywają luksusu w swojej puszcze,obleśny facet z boku chucha mi w ucho (zboczeniec czy wymóg chwili?),potęzna kobieta obok wiesza mi się na ramieniu i wzdycha teatralnie, młodzieniec na wprost wspomina upojne chwile z wczorajszej nocy, o czym świadczy jego mocny alkoholowy oddech i niepewna pozycja pionowa, energiczna staruszka stawia mi swój tobół na stopie.Na kolejnej stacji tłum kompresuje się jeszcze bardziej, dzięki czemu wagon bije rekordy Guisnessa pod względem ile ludzi może się zmieścić do jednego - liczba ta przekracza normę o 300%. Walczę o tlen, o oddech, o życie, w końcu metro z ulgą wypluwa mnie na mojej stacji;

- w autobusie, w którym oczywiście nie ma miejsca, na który musze czekać 15min i który po ruszeniu z przystanku utyka w korku, dostaję smsa z domu, że zostawiłam śniadanie.

- Siadam w pracy przed komputerem i pełna uśmiechu, energii i optymizmu zaczynam pracę. Jeszcze tylko 8 godz. Do końca dnia....

Macie tak?

środa, 23 listopada 2005

Życie nie jest takie, jakie myślimy. Ani tak złe ani tak dobre, jak nam się wydaje. Wahamy się, krążymy miedzy tymi dwoma odczuciami, pędząc gdzies naprzód.

I tak jest dobrze, bo posiadamy bezcenny dar, z którego czasem nie zdajemy sobie sprawy - to nasz ukryty optymizm. Myślimy, będzie dobrze, myślimy, jakoś to będzie i na szczęście tak naprawdę nie myślimy co będzie dalej. Bo co będzie, lepiej? Na pewno nie, lepiej jest teraz. Będziemy starsi, będziemy mieli więcej obowiązków a mniej sił. Coraz trudniej będzie nam znaleźć dobrą pracę, a wiele przyjemności po prostu się znudzi. Coraz trudniej o niespodzianki i uniesienia. W miłość trzeba będzie włożyć dużo pracy, żeby nie stała się tak powszednia i nieco nudna jak kromka chleba na śniadanie.

Dlatego teraz staram się o tym nie myśleć. Kiedy słyszę co drugi dzień o skatowanym niemowlaku, o 9 letniej dziewczynce sprzedanej na narządy w Rosji zaciskam pięści i planuję co ja mogę z tym zrobić. Myślę, że taki właśnie jest ten świat - okrutny, bezwzględny, pełen miłości i nienawiści. Zależy w jaką stronę spojrzeć, zależy którą stronę sprawy zobaczyć. Znam cudownych ludzi, znam też bezintersownie podłe jednostki.

Mam swoją miłość. A czasem nadchodza chwilę, kiedy zdaje sobie sprawę jak kruche jest to co mam. Nie ma na świecie miłości tak silnej, żeby coś nie mogło jej złamać. Albo człowiek albo los. Jedyne co mogę zrobić to cieszyć się tym co mam. Dlatego na tym blogu zamieszczam te swoje piękne okruszki życia, które dodają mu smaku. I staram się o nich pamiętać, zwłaszcza jak jest źle.

Nasz ludzki optymizm, nasza wiara w drugiego człowieka, nasz dar.

niedziela, 20 listopada 2005

Jakie są ZALETY wychowywania dziecka z równolatkami - kociakami(tz.3-4 miesiecznymi kotami -braciszkami)?

- cała trójka (tj. dziecko i dwa kociaki) bawią sie zgodnie w piłkę, sznurkiem lub też ganiają się po mieszkaniu =  bezcenna chwila spokoju i ciszy (jak teraz :))

- dziecko uczy się jak właściwie traktować zwierzęta - nie szarpać, tylko głaskać, szanować, bo kot potrafi sie bronić. Uczy się też miłości do naszych mniejszych braci, przenika ona wprost do najmniejszej komórki dziecka.

- podobno unika się w ten sposób alergii

A WADY?

- dziecko chodzi podrapane od stóp do głów (kot namiętnie naookrągło przytulany reaguje w sposób impulsywny, drugi powód to zabawa o przejęcie zabawki - no i wbrew oczekiwaniom Haniołka kocia łapka jest minimalnie szybsza, pozostawia tylko lekki tatuaż na rączce

- dziecko przychodzi do mamy uśmiechnięte od ucha do ucha. Matka zadziwiona dziwnym spojrzeniem malucha zaczyna śledzctwo, skad na białym ubranku dziecka wielkie brązowe placki - niestety nos nie zostawia wątpliwości, że to kupa kocia pracowicie wmasowana - jak i przez kogo- nie wiem! (tylko nie śmiejcie się, to naprawdę było straszne! ;)))

- cała trójka, pełna braterskiej miłości, wymienia się jedzeniem - to znaczy Hania daje kotkom swoje jedzenie a potem zabiera jedzenie z ich misek. A jak nic nie ma to chociaż zabiera miskę i chowa ją gdzieś w mieszkaniu, zachęcając matkę do zabawy w ciuciubabkę (ostatnio miska była pod kanapą).

- zamiast uczyć się mówić, dziecko uczy się miauczeć (jeden z kociaków to kocia gaduła - siadają więc sobie (kot i Hania) na materacu, kot mówi "Miauuuu, miauuuu", Hania patrzy na niego i mówi: "auuu, auuuu" (a biedny Tata wciąż czeka aż dziecko powie wyrażnie "tata")

- o uściskach, przytuleniach już nic nie wspomnę :)

Wyniki jakie są, obliczcie sobie sami, tylko pamiętajcie, zeby minusy nie przesłoniły wam plusów!

Miauuu!

czwartek, 17 listopada 2005

Pierwszy śnieg w tym roku. Kiedyś złapałabym sanki i podskoczyła z radości do góry, teraz zastanawiam się, gdzie mam ciepłe buty i czapkę. Myślę o tym, że koła w aucie mamy niezmienione na zimowe. I o tym, że z biurowego okna to mało ten snieg widać. I że chyba nieodwołalnie nadciąga miejska zima, taka specyficzna, pełna śnieżnych prezentacji w komputerze, błota w mieszkaniu i poszukiwaniu prawdziwego śniegu na obrzeżach miasta.

Ale zastanawiam się też jak Hania zareaguje na ten śnieg. Jak to pięknie wszystko przeżywać po raz pierwszy, pierwszy płatek śniegu na rączce. Bo czy ja nadal potrafię zachwycać się jego unikalnością jak potrafi to małe dziecko?

wtorek, 15 listopada 2005

A co tam u Haniołka, pytają? Moja kochana córeczka już chodzi. Wygląda to naprawdę śmiesznie, mama istotka z odstającą pupą (pielucha) z rozstawionymi szeroko nóżkami, wyciągniętymi rączkami, która ambitnie pokonuje cały pokój a nawet całe mieszkanie. Tak to już bowiem u Hani jest - albo coś robi albo nie - nigdy nie robi niczego połowicznie. Nagle usiadła. Stanęła. Zaczęła chodzić.

A teraz wieczorami, kiedy Hania już śpi a ja siedzę w drugim pokoju i słyszę jej posapywanie przez elektroniczną nianię, wydaje mi się, że w każdej chwili mogę usłyszeć Hani głos mówiący: "raz dwa trzy, próba mikrofonu! Hallo, mama co Ty tam robisz, dlaczego jeszcze nie śpisz?" W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie mówić :))

Zresztą moja fantazja chwilami była moim problemem. Dwie noce temu obudził mnie w środku nocy brzęk tłuczonego szkła. Niestety, kot zwalił butelkę postawioną na blacie w kuchni, rozprysnęła sie ona na całą kuchnię. Musiałam więc o drugiej w nocy zebrać wszystkie kawałki, a żeby sprzątnięte odłamki nie trafiły rano ani w czyjeś rączki ani czyjeś łapki postanowiłam wynieść je do zsypu, który znajduje się na półpiętrze klatki schodowej. Zanim wyszłam na korytarz przy windzie już oczami wyobraźni widziałam dwóch bezdomnych czatujących na mnie pod drzwami. Ubrana w pidżamę i buty wyjściowe (normalnie chodzę boso) dzielnie pokonałam dystans dzielący mnie do klatki schodowej. Tam jednak zrobiło się trudniej - w końcu takie miejsce to idealna kryjówka dla maniakalnego mordercy czatującego na młode kobiety w środku nocy! Niczym kamikadze weszłam na klatkę i dotarłam do zsypu - czarnego, śmierdzącego pomieszczenia, gdzie serce zaczęło walić mi niczym młotem. Zaczęłam sie zastanawiać, czy ktoś usłyszałby mój krzyk i ruszył na pomoc w razie czego - bo to, że M. śpi twardo i nic nie słyszy tego byłam pewna. Zacisnęłam zęby, pomyślałam, ze wszystkie thrillery i horrory to bujda, szybko weszłam do pomieszczenia, wrzuciłam śmieci i z ulgą pomknęłam do domu. Zamykając drzwi pomyślałam jeszcze, że w tym czasie do domu mógł wślizgnąć się nocny złodziejaszek, ale już po chwili przytulałam sie do śpiącego twardo M. i myślałam, jak głupio mieć taką wyobraźnię i jednocześnie jaka dzielna jestem, poczym nie wiadomo kiedy zasnęłam.

Ciekawa jestem co dzieje sie w głowie mojej kochanej córeczki. Tak dużo rozumie z tego co robimy - naśladuje nas, podgląda. Próbuje zakładadać skarpetki, podaje to o co ją się poprosi. Kombinuje ile wlezie, próbuje nas przechytrzeć. O czym ona myśli, kiedy tak patrzy mi prosto w oczy?

Moja radość waży 3140g i ma 54 cm. Bystre oczka, które uważnie śledzą każdy ruch. Czarny kudłaty łepek i chudziutke nóżki. Malutka, krucha istotka, która za jakiś czas powie do mnie "Ciociu!".

Jestem z niej i z jej dzielnej mamy bardzo dumna i bardzo szczęśliwa.

:))

niedziela, 13 listopada 2005

Napisałam poniżej, że dziecko to miłość. To i prawda, ale pamiętajcie, ze miłość to nie tylko uniesienia i rozkosz. To nie tylko piękne uśmiechy i porywy serca. Drugą twarzą jest kompromis, zniecierpliwienie, czasem cierpienie. Normalka, prawda?

Typowym przykładem jest karmienie rocznego dziecka. Matka przygotowuje z namaszczeniem posiłek, gotuje marcheweczkę, obiera pomidorki, przygotowuje mięsko, w markiecie wynajduje śliczne małe kluseczki wprost stworzone do małych usteczek córeczki. W końcu po wielu wysiłkach posiłek jest gotowy: matka z triumfem, niczym własne serce na dłoni, niesie je dziecku. I tu muszę sie przyznać, że posłużyłam się podstępem - chcąc zastąpić słoiczki własnym żarciem, postanowiłam podrobić treść gerberów. I oto właśnie mój wynalazek jest gotowy: owe kulinarne cudo, gotowe zdobywać kulinarne salony. Dziecko dostaje je na pięknej miseczce i co??? Mina mówi sama za siebie. "coś Ty mi dała za świństwo". Wtedy jeszcze matka, wciąż pełna miłości, cierpliwie tłumaczy dziecku, że ambrozja jest niczym wobec tej miseczki pełnej cudów. Opowiada, że włożyła w to swoje serce, z watrobą i śledzioną na dodatek. Niestety, bezkompromisowe dziecko, nieświadome faktu, że miłość to poświęcenie, uparcie odmawia współpracy. Ani podgrzewanie obiadu, ani obietnice spaceru nie przekonują uparciucha do konsumpcji. Ba, nawet zmieszanie obiadku ze znienawidzonym przez matkę słoikiem nie przynosi skutku. Wtedy nachodzi matkę refleksja, że miłość to cierpienie. Że niestety nieważne ile sie włoży serca, jeśli ktoś nie będzie go chciał wziąć to nic nie pomoże. I że upór to jedna z najczęściej spotykanych cech, a jednocześnie najbardziej upierdliwych.

Co robi więc dobra matka? Najpierw liczy do 10, potem do 100(nic nie pomaga, to jakaś bzdura z tym liczeniem, nie pomaga nawet liczenie niezjedzonych kluseczek w kształcie literek, z których można by napisać opowiadanie).W końcu chowa cały obiadek do lodówki i mowi dziecku: nie chcesz, to nie jedz. Jak zgłodniejesz to za parę godzin dostaniesz kolejny posiłek. Potem matka korzystając, ze nikt jej nie słyszy, wygłasza całą tyradę tego, co jej lezy na sercu, szkoda, ze tylko do siebie. A jak i to nie pomaga, idzie wyżalić się na bloxie. A potem idzie na zakupy. A co, po dwóch tygodniach nieustannej harówki 24h/na dobę zasłużyłam chyba na chwilę dla siebie, prawda?

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru