niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 23 lutego 2010

Po wczorajszej notce o buntownikach, dzisiaj notka chwalebna.

Wczoraj wieczorem, w oczekiwaniu na wieczorne kąpielisko dzieciaków, a już po ich kolacji, w oczekiwaniu na koniec dobranocki, położyłam się na chwilę na kanapie w pokoju gościnnym na uboczu. Strasznie mi się chciało spać, ale wiadomo, nie można jeszcze było oddać sie Morfeuszowi, leżałam wiec dogorywając niczym zwiędła pietruszka na bazarku. Sytuację tej wyczuł swoim niezawodnym radarem Brunio. Niemal od razu przyszedł do mnie, zamiast oglądać bajkę, rzucił okiem na bladą twarz rodzicielki, przytulił się, a potem udał się gdzieś z misją. Po chwili patrzę, idzie dzielnie, stęka i ciągnie długi koc z salonu:

- Mamusju, psyniosłem Ci kocyk, psykryje Cie, zeby nie było Ci zimno!

Jak powiedział, tak zrobił, moje serce roztopiło się niczym kostka masła na patelni, podziękowałam mu wiec wylewnie za troskę, a koniec powiedziałam:

- Kocham Cię bardzo, Brunio

B: ja Ciebie też!

Ja: Ale ja Ciebie bardziej!

B: Nie, bo ja bardziej! i tęskniłem do Ciebie! i Ciocia Ela teskniła do Ciebie!

(no jak Ciocia Ela tęskniła, to już rzeczywiście musi być wielka miłość ;)

Hania za to przygotowała dla swoich rodziców piękną niespodziankę. Poprosiła, żebyśmy poszli do naszej sypialni, a tam na szafce nocnej każde z nas miało swój obrazek ze wspomnieniem z gór, pełnym narciarzy, snowboardzistów, wyciągów i pagórków. Cudne! Hania narysowała je specjalnie dla nas, a potem, kiedy nikt nie widział, ułożyła je przy łóżkach, żebyśmy mieli niespodziankę.

Ech, kochane są te moje dzieciaki :)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Zauważyłam u dzieci mych pewną zmianowość, chyba już o tym pisałam. Tak dzieje sie i teraz. Na ogół fazy buntu pojawiają się u dzieciaków naprzemiennie. Najpierw jedno testuje matkę na wszelkie możliwe sposoby, a drugie w milczeniu przygląda się całej akcji. Dla podkreślenia, że nic go z buntownikiem nie łączy, padają opinie " ale ona jest niegrzećna!" "Hania ma kalę [karę]". Potem nadchodzi faza 2 i z kolei to drugie dziecko przeprowadza szereg połączonych akcji opartych na własnym wyczuciu i sprawdzonych chwytach poprzednika.

Na razie trwa faza Hani. Oczywiście nie cały czas, tylko chwilami pojawiają się typowe fazy buntu 5 czy też 6-latka. Przekora, negacja, przedrzeźnianie, chwilowe fazy zamierającego słuchu i do tego obserwacja, jak na to wszystko zareaguję. A ja czuję sie jak na szkoleniu służbowym, kiedy to podczas całodniowych testów miano zdecydować czy nadaję się, żeby pewnić określoną fukcję w firmie (projekt upadł, ale testy przeprowadzono skrupulatnie). Pęknę czy nie pęknę, wrzasnę, krzyknę czy wytrzymam i spokojnie i asertywnie zareaguję na stanowcze, "nie, bo nie" i śmianie mi się prosto w nos?

Brunio za to ostatnio jest słodki jak torcik truskawkowy z czekoladą, który właśnie jem. Pogodny od przebudzenia o 6:15, pełen poczucia humoru, ciepła i uprzejmości "czy mogę? dziękuję Ci bardzo mamusju kochana". Moja mała przylepka korzysta w każdej wolnej chwili, żeby być ze mną i dać mi do zrozumienia, jak ważna jestem dla niego.

Najważniejsze w tym wszystkim zaś jest to, że nawet największy buntownik tak naprawdę lubi żyć w zgodzie z otoczeniem i kiedy wytrzyma się najgorsze uderzenie zagryzając zęby aż do dziąseł, nadchodzi fala czułości i ulgi, że ten etap mamy już za sobą. Nic tak nie pomaga mojej buntowniczce (która czułości z mamą lubi równie mocno jak brat), jak ciepła, konkretna rozmowa na moich kolanach. Aż do następnego razu.

PS. Czuję potrzebę wytłumaczenia się, żeby nie zostać źle zrozumianą. To nie jest tak, że jedno dziecko wydaje się być super, drugie jest gorsze. Chodzi mi tylko o to, że sam bunt przyjął się jako stały element krajobrazu, jedynie sam sposób wykonania się zmienia. Jakiś czas temu zakończył sie buntować Bru, ku uldze Cioci Eli, teraz Hania próbuje swoich sił. Nie zmienia to niczego, że nadal jest moją kochaną dziewczynką, przyjaciółką. Po prostku tak to już jest, ze teraz jest jej kolei. Samo życie.

czwartek, 18 lutego 2010

Moja dzielnica zmieniła się teraz w magiczny labirynt, w którym obowiązują ścisłe reguły. Wszystkie ulice, poza jedną jedyną najgłówniejszą,  są jednokierunkowe a po bokach sterczą wielkie pryzmy śniegu. W związku z tym, zanim wyjedzie się na ulicę, trzeba zobaczyć, czy ktoś nie jedzie z naprzeciwka, dużo wcześniej sygnalizować skręty, a większy samochód typu ciężarówka ma zawsze rację. Zdobywam wiec nowe umiejętności w jeżdzie tyłem i wyczuwaniu innych samochodów na centymetry.

Podobnie "ciekawa" sytuacja panuje pod przedszkolem - jedynie parę miejsc jest uwolnionych spod śniegu i rodzice polują na nie wytrwale, zasady są niczym w dżungli - kto pierwszy ten lepszy, kto ma większy samochód ten zastawia innych albo się nie mieści i jeździ w kółko po jednokierunkowych ulicach. Dzieją sie czasem straszne sceny, kiedy to Dumny Macho w towarzystwie swojej córeczki wyśmiał Panią, której samochód zastawił. Rzucił jej w twarz, żeby się nauczyła jeździć i odszedł do przedszkola. Owa kobieta musiała czekać na jego łaskawy powrót, ech cham i tyle.

A w środę popielcową, kto żyw idzie do kościoła. Oczywiście, nie wypada iść na piechotę, wiec pod kościołem, wszytkimi okolicznymi sklepami i punktami usługowymi znowu tragedia, ludzie trąbią, jeżdzą tyłem, pchają sie. Na ich usprawiedliwienie powiem, że część chodników w dzielnicy jest nieodśnieżona i cięzko jest przez nie brnie, podobnie jak przez zwały błota. Na potrzeby dzieciaków wymyśliłam, że udajemy rodzinę bocianów i podnosimy nogi wysoko do góry, ale nie wszyscy mają ochotę bawić się w bociany, w końcu żaba może stanąć w gardle ;)

wtorek, 16 lutego 2010

Brunio bawi sie z Hanią, nie mogą się cos dogadać, co jest czyje, w końcu rozgoryczony Brunio przychodzi do mnie i mówi:

- No nie Mama, znowu to samo! Hania mnie uderzyła!

*******************

Brunek siedzi i śpiewa sobie pod nosem "rrrrrrrrrrrrrrrrr". Chcę sprawdzić czy naprawdę dobrze wymawia tę literkę, więc proszę:

- Brunio, powiedz rower!

B: ale duzi czy mały?  

Wróciliśmy.

Było po prostu świetnie, a Hania zrobiła nam największą niespodziankę. Po ciężkich początkach śmiga teraz na nartach tak, że nie sposób jej czasem dogonić, jak prawdziwy mały zawodowiec. Każdy dzień to był wielki postęp, od wspólnych zjadów z kamizelką i sznurkami albo pod pachy, do samodzielnych zjazdów na koniec. Pomogła odwaga i wiara Domowego Kierownika ds.Postępu Fizycznego tj. M., ale przede wszystkim ambicja i wytrwałość naszej Hani. Na koniec wyjazdu wycinała idealne łuki na zboczu skręcając profesjonalnie, jeżdząc po lodzie i śniegowych muldach, a na dole wciąż powtarzała: chcę jeszcze raz i jeszcze raz! Złapała bakcyla!

Oprócz tego był i kulig i basen termalny i inne górskie przyjemności. To inny świat, taki wycięty z codzienności, z list do zrobienia, ze zmartwień, jedyne uciążliwości to ciągle przebieranki z nart w normalne buty i górska dieta, na której nie zdązy się zgubić kalorii, jak już pochłania się nowe.

Za rok jedziemy w pełnym składzie. Wreszcie i koniecznie!

piątek, 05 lutego 2010

Tu rajstopy, tu krem do smarowania buzi, a tu najwazniejsze- książki. I jeszcze pamiętać o kredkach, czapkach i kostiumie.

Tak, tak, zbieramy się na zimowy wyjazd w góry, chcemy, żeby Hania porządnie poszalała na nartach. I tylko jedna duża chmura przesłania mi radość z wyjadu: nie jedziemy w komplecie. W domu zostaje Brunio, wraz z Dziadkami. Wiem, że będzie w dobrych rękach, wiem, że jest jeszcze za mały na narty, a w miejscowości, do której jedziemy nie ma miejsca dla maluchów, obiecane mam, że to już ostatni wyjazd bez Bru, a jednak już tęsknię już okrutnie. Brunio zresztą mi w tym wcale nie pomaga:

Po powrocie z pracy:

Bruno: Mamusiu, gdzie byłeś?

Ja: w pracy, a Ty?

Bruno: ja byłem z Ciocia Elą i czekałem na Ciebie!

Ja: a ja tęskniłam za Tobą!

B: ja też tękniłem!

Ale będzie dobrze, mówię sobie. Hania w pełni skorzysta z rodziców, podszkoli się w jeździe, wyszaleje wśród śniegów a Brunio pointegruje się z oddanymi dziadkami. A ja postaram się nie zaglądać do Internetu, bo zmęczona jestem bardzo i przyda mi się parę dni luzu. Za tydzień z hakiem wracamy, trzymajcie kciuki za dobrą drogę!

środa, 03 lutego 2010

Bardzo obserwować dyskusje rodzeństwa, oczywiście nie te, które mają na celu ustalenie prawa własności ("to moje!"), bądź też kto ma rację ("ja! a nie, bo ja"), ale te bardziej skomplikowane. Z uwagi na dynamiczny rozwój mowy Bruna, ulegają one przekształceniom a starsza Hania coraz bardziej musi liczyć się z wygadanym Bruniem.

Mniejwiecej po godzinie po grze w grzybobranie Brunio znajduje grzybka z gry i przynosi do mnie jako znalezisko. Mówię wiec, że to jest z gry w grzybobranie i trzeba go dołożyć, sugeruję wiec Brunkowi, żeby oddał grzybka Hani, która grę chowała. Hania w tym czasie daje dyla do łazienki po pretekstem siusiu, a dla pewności, że brat nie wkroczy zasuwa za sobą drzwi. jednakże biedaczka zapomina, że drzwi mają na dole okrągłe otwory wentylacyjne, przez które grzybek swobodnie się zmieści. Nie mija wiec minuta, jak grzybek wedruje do łazienki tą drogą, a Bruno oddala się zadowolony. Hania szybko odrzuca grzybka, a jest już za późno. Woła wiec Brata:

- Brunio, Brunio, zabierz grzybka!

Na to Brunio stanowczo i z powagą kończy temat:

- Hania, nie mogę. Jestem AJĘTY!!! (zajęty). 

Siedzimy na kanapie i czytamy książkę o Mamie Mu ("Mama mu sprząta"). Na obrazku widzimy wielką stertę rzeczy w gnieździe pana Wrony, robimy wiec zagadki, co kto widzi na obrazku. W kończu pokazuję na widelec z nadzianą kiełbasą i pytam Brunia:

Ja: co to jest, Brunio?

Hania (podpowiada): wi...., Brunio to jest wiiiiii.....

Brunio (stanowczo): Hania nie, to nie jest wi, to jest delec!

Ja: a teraz dla Hani, co jest na widelcu? Hania nie jest pewna, wiec podpowiadam:

Ja: Kieł....

Hania: Kiełki? (myśląc o części składowej widelca ;)

Brunio (triumfująco, że i on coś wie i jednak umie dzielić na sylaby): Hania, to jest Kieł-ba-sa!!!

poniedziałek, 01 lutego 2010

Jak ma to do siebie większość polskich reform, chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze. I tak kolej rzeczy, a raczej czasu sprawiła, że zetknęłam się ze sławetną reformą edukacji, która jednakże z reformą nic wspólnego nie ma. Oj, muszę się bardzo mocno powstrzymywać, żeby nie wypisywać tu wszystkiego co o tym myślę, do rzeczy wiec.

Chodzi o dzieci przedszkolne, które, przynajmniej teoretycznie, w wieku sześciu lat mają wybór: rodzice moga je posłać do zerówki (ale już nie w przedszkolu - przynajmniej w części przedszkoli zerówka już została zlikwidowana) albo do pierwszej klasy. Wszystko na pierwszy rzut oka wygląda niby w porządku,ale takie nie jest. To jeden wielki chaos.

1. panuje totalna dezinformacja. Nikt nie wie jak, kto gdzie i z kim, kiedy zapisy, jaki program, jakie wymagania, co lepsze, co gorsze, kto z kim i dlaczego.  

2. krążą dwie sprzeczne pakiety informacyjne odnośnie pierwszej klasy i zerówki, a rolą rodzica jest żmudne śledztwo i odsiewanie jednych od drugich, racjonalizowanie, domyślanie się intencji, przemyśliwanie.

3. nawet jeśli podejmie się decyzję, biorąc pod uwagę możliwości i aspiracje dziecka, jest mnóstwo czynników od dziecka niezależnych, które moga być przyczyną klęski. Na przykład intelektualnie rozwinięty na swój wiek sześciolatek może trafić do klasy pierwszej, gdzie będzie jedynym sześciolatkiem w grupie, w związku z tym będzie musiał cały czas gonić grupę, bedzie ogonem, ciągle na końcu, bo przecież reszta jego klasy będzie przynajmniej o rok starsza, bogatsza o te umiejętności, których nie da sie przyswoić przez naukę, jak abstrakcyjne myślenie matematyczne. Kto bedzie w klasie tego nie wiadomo, dopóki zapisy się nie zakończą...

4. Psycholodzy mogą przeprowadzić tylko analizę intelektualnych zdolności dziecka, emocjonalna należy do rodziców. Nauczycielom wychowania przedszkolnego nie wolno zachęcać rodziców do wyboru którejkolwiek z opcji (a podejrzewam, że nie wolno zniechęcać do pierwszej klasy, chodza słuchy, że za dziecko w pierwszej klasie gmina dostaje pieniądze, za w przedszkolu lub zerówce - nie).

To tylko krótki skrót czym zajmowałam się w ostatnim czasie. Przede wszystkim byłam na rozmowie u Pani psycholog przedszkolnej, byłam też na stronie ratuj maluchy, konsultowałam się z wieloma matkami, nie spałam po nocach, zdobyłam kolejną spawność Siwego Włosa,  w końcu podjęliśmy decyzję inną niż wyjściową: Hania jednak pójdzie do zerówki, a nie pierwszej klasy. Oznacza to więcej pracy dla mnie, a większy spokój psychiczny dla niej, za rok startujemy do lepszej podstawówki do pierwszej klasy.

Howgh!

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru