niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 24 lutego 2009
Brumiś ostatnio przyspieszył z rozwojem. Cały czas sunął do przodu, ale teraz słyszymy, że chłopak postanowił mówić. I z całym swoim niedźwiedziowym spokojem wziął się za naukę. Cokolwiek mu powiedzieć - powtarza niczym echo, chociaż ostatnie sylaby. Ile z tego zostaje, na razie trudno stwierdzić, ale jednak sporo.

Przy nakładaniu butów - to ulubiony fragment garderoby Bruniastego, zawsze pilnuje ich założenia i to nie tylko u siebie. Przychodzących członków rodziny wita na ogół podaniem - właściwej - pary butów. Ale wracając do rzeczy - przynosi buty i mówi:
" jee-en bu i duu-i bu" - / jeden but i drugi but

Przy wyjściu od lekarza:
" do -enia! cze!" (do widzenia, cześć)

Podczas jazdy samochodem, gada na okrągło, często śpiewa, przeżywa to co widzi:
" O!! Auto jezie!!! Mama jezie tata jezie! hAnia jezie" ( auto jedzie etc.)

Zabrany ze zjeżdzalni wbrew własnej woli, macha kończynami i krzyczy wniebogłosy:
" akunku!! akunku!" (ratunku!)

Przy trudnych wyczynach woła "u-aga!" (uwaga!), na spacerze, gdy ktoś się oddali woła "ejjj!" , do telefonu woła "halo!".

Gdy budzi sie co rano, rzadko woła mamę lub tatę - te dwa stare nieużytki na ogół odczekują swoje zanim przyjdą po biednego chłopczyka. Rezultny malec woła wiec właściwą, najkochańszą nota bene osobę:
"Haaania! HaniUuu" Haniuuu! (szczególnie porusza mnie ta odmiana - wołacz)

Poza tym niezły z niego gadżeciarz. Zapatrzony w Hanię, uwielbia wszelkie opaski, spinki, paski, coś co można nosić. I dlatego pozwolę sobie zamieścić jego zdjęcie, stare, jeszcze z przed obcięcia włosów, ale dokumentujące jego modniarską manię - tu w okularach z zestawu lekarskiego (uwielbiam to zdjęcie ;)


Cóż, nie wygląda tu twarzowo, ale za to charakternie. I taki właśnie jest - uśmiechnięty, z bogatą osobowością! :)
poniedziałek, 23 lutego 2009
Wróciłam. Wytęskniona straszliwie, zmęczona, od razu popędziłam szukając wzrokiem dwóch ukochanych kształtów. Zapukałam jeszcze przez okno i usłyszałam to, na co czekałam:
- M A M A!!!!!

Wrzask był niesamowity, a po chwili obydwoje wisieli już na mnie. Nie wiem kto kogo mocniej ściskał, oni mnie, czy ja ich. Wpadliśmy w euforię. I wychodzimy z niej do dzisiaj. Hania mówi mi, że dobrze, że jestem, że ze mną jest najlepiej, że cieszy się, że jesteśmy razem. Ja mam ochotę wytapetować jej to samo na ścianie. Historii o dzieciakach słucham z otwartą buzią i czuję wielką radość i dumę: ze wszystkich wypraw mam do kogo wracać. Do mojej kochanej rodziny. Co tam 19 stopni w ciągu dnia, co tam owoce morza. Ten zwykły buziak jest najlepszy.

I na razie tym się cieszę - bo wkrótce znowu wyjeżdżam. Ale jak wrócę, to już nigdzie się nie wybieram. Obiecuję - sobie przede wszystkim. Teraz jeszcze jakoś muszę przetrzymać te parę dni, może tym razem nie rozpłaczę się na lotnisku. Może tym razem będę dzielniejsza, zaprawiona w tęsknocie. Na wszelki wypadek zapakuję dodatkową paczkę chusteczek.
sobota, 14 lutego 2009
Niestety, nadeszła ta chwila. Jutro rano wyjeżdżam w długą delegację i to dopiero pierwszą z dwóch. Tak, wiem, część ludzi mówi, że jak to, że powinnam się cieszyć, że odpocznę i inne takie. A ja, kobieta, co nie umie za bardzo płakać, płaczę. Staram się bezgłośnie, żeby nie zarazić smutkiem dzieci, ale łzy mi ciekną jedna za drugą i nos mam spuszczony na kwintę.

O co mi chodzi? O moje dzieci. O te wszystkie wieczory bez przytulania. O te rozmowy o życiu, które się nie odbędą. O te wyznania, których nie usłyszę. O te ramiona i nóżki Brumisiowe, które tak bardzo lubią się splatać na moim brzuchu, chcąc cieszyć się przytulaniem z mamą jak najdłużej. O te najsłodsze buziaki od Hani na dobranoc. O te czytanki. O ten upajający zapach dzieci i ich ciepło. Czy nawet najciekawsza delegacja może mi zapewnić coś TAK wspaniałego?

Dlatego nie mogę sie jakoś wziąć w garść. Walizka niespakowana, ja jakoś rozlazła, przeciągnęłam pójście dzieci spać o pół godziny. Pół godziny więcej dla mnie. Musi mi wystarczyć na tyle dni.

Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak bardzo macierzyństwo uzależnia. I to w pozytywnym sensie, bo nic nie daje mi takiego spełnienia jak bycie mamą. A tu trzeba przez parę dni poudawać kogoś innego. postukać obcasami, rozciągnąć uśmiech od ucha do ucha i udawać, że wcale nie myśli się o dzieciach, które są gdzieś tam daleko. Żelazko się grzeje, spodnie czekają, a ja jeszcze raz pójdę zobaczyć, czy te moje dzieci śpią. Niech sobie popatrzę, wolno mi, prawda? Przy dzieciach walentynki trwają w końcu cały rok.

Dobranoc i do poczytania za jakiś czas. 

PS. Szczególne wyrazy uznania i podziękowania dla mojego dzielnego i kochanego M., który zostanie sam na gospodarstwie z całym inwentarzem, z niewielką tylko pomocą. I to właśnie on mówi: "jedż, korzystaj, ja dam radę, nie martw się, to tylko kilka dni, tylko będę tęsknił." Prawda, że jest fantastyczny? Z nim nie muszę obchodzić walentynek :)
piątek, 13 lutego 2009

Bru, młody, asertywny i pełen uroku mężczyzna, rozwija się w swoim stałym tempie. Ostatnio jego słownik powiększył się o jakże użyteczne słowa:

  • ·         Da/daj – daj
  • ·         Ce – często łączone jako Ce to – czyli chce to
  • ·         Odź!- czyli chodź! Najczęściej używane jako Hania odź (po mału Bruniowi udaje się wymówić literę H w imieniu siostry. Ale nic dziwnego, w końcu ćwiczy codziennie)

Poza tym powtarza po nas wszystkie wyrazy, wymawiając jak się tylko uda:

  • ·         Isko – kąpielisko (czyli wieczorna kąpiel)
  • ·         Ówka – parówka
  • ·         Pam – pan
  • ·         Tamto – tramwaj

·         Itepe itede

Jak widać wiec, wysłuchiwanie pełnych werwy monologów i dialogów siostry wychodzi mu na dobre :) Ja z resztą też lubię z nim "rozmawiać" - Brumiś wyjątkowo chętnie powtarza za mną nowe wyrazy, wygląda wiec na kogoś, kto wie, co się do niego mówi (poza zdaniami zaczynającymi się na "nie wolno!" "nie rusz, nie rób!" ;)

 Oprócz tego Mały Artysta regularnie ćwiczy swoje „performensy”. Przy jakimkolwiek zachowaniu wbrew woli chłopca (np. zabranie tubki z kremem, pieluchy etc.), Bruniek rzuca się spektakularnie na ziemię, wali nogami i włącza syrenę, słyszalną w całej okolicy. Co pewien czas robi przerwy, żeby sprawdzić, czy odnosi to odpowiednie rezultaty. Staram się być nieugięta jak stal, ale podejrzewam, że czeka mnie jeszcze przynajmniej z milion pięćset dwa dziewięćset prób sił, zanim Bru zrozumie, że jak kobieta mówi Nie, to znaczy NIE.

Brumiś obdarzony jest za to dużym talentem muzycznym. Przy pierwszych dźwiękach muzyki zaczyna wyginać swoje ciało w najrozmaitszy sposób. Ma w sobie rytm i to on pozwala mu świetnie oddawać takty ciałem. Czasem wystarczy tylko parę nutek, aby mimowolnie Bruniowi zaczął ruszać się tyłeczek. Do tego dorzucę śpiewanie -p rzy całkowitym braku znajomości słów słyszanych piosenek, Bruniek radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Albo ciągnie na najwyższej nucie albo śpiewa coś po swojemu, czasem zaś stara sie śpiewać tak, jak usłyszał w oryginalnej piosence (np. "tam tam ti ram" u Rihanny/Disturbia bodajże). Nie mówiłam, że to Artysta? I to Artysta z dużym wdziękiem, bowiem ten mały chłopczyk wyjątkowo lubi przytulanie.

Naprawdę, coś czuję, że dużo dziewczyn przewijać się będzie przez nasz dom za jakiś czas!

wtorek, 10 lutego 2009
A co u Hani? Hania przeżywa górną fazę pt. jestem kochana i grzeczna i stara się, jak tylko może, a ja wciąż dziwię się, czy możliwe jest mieć tak słodkie dziecko.

Po przedszkolu w sklepie, Hania zapewnia mnie głośno i dobitnie:
- Mamusiu, ja Ciebie bardzo kocham!  Wzbudza od razu poruszenie pani sprzedawczyni, która robi maślane oczy do słodkiej dziewczynki, która tak otwarcie wyznaje miłość mamie.

Innego dnia - akurat dzisiaj - idziemy sobie spokojnie, nagle słyszę "Mamusiu kucnij!", po czym Hania całuje mnie wielokrotnie i szepcze patrząc mi w oczy "Kocham Cię mocno!" Aż sama się dziwię, że nie rozpłynęłam się tam, na ulicy, ze wzruszenia, ale postaram się na pewno zapamiętać tę chwilę, uchronić ją przed zapomnieniem.

Naprawdę, muszę przyznać tu publicznie i dla samej siebie: zadziwia mnie wciąż moja Hania, jaka to kochana jest dziewczyna - i w sobotę rano poprosi Maużona o "kawę dla mamusi" a potem przynosi mi ją do łóżka, a to rysuje kolejne obrazki z mamusią w ślicznej sukience z Hanią pod ręką. Dumna jest niesamowicie, kiedy ją ciągle chwalę, ale jest za co  - pilnuje, żeby mieć wysprzątany pokój, poskładane ubranka, a talerze po ładnie zjedzonym obiedzie zanosi do kuchni. I nigdy, przenigdy nie odpuści umycia zębów.

Może ktoś pomyśli, że tylko ubarwiam, upiększam. Owszem, Hania jest najnormalniejszym dzieckiem, ze swoimi słabościami, wrażliwością, ale naprawdę muszę jej przyznać, że jest wyjątkowo złotym dzieckiem dla mnie, jako mamy. Miód na serce, balsam na zmartwienia - te słowa po prostu należą się Hani. Co też niniejszym czynię. 
poniedziałek, 09 lutego 2009

Ilekroć rozmawiam z bliskimi mi mamami, na ogół w moim wieku, dochodzę do wniosku, że nie ma idealnego sposobu na styl życia pozwalający pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci. Każda z nas chce realizować swoje pasje, mieć kontakt z ludźmi i światem zewnętrznym a wreszcie mieć niezależność finansową (bo w końcu co się stanie, kiedy On podczas kryzysu wieku średniego dostanie świra i zakocha się w jakiejś małolacie  niczym Marcinkowski czy Korzeniowski). Z drugiej strony chcemy dać dzieciom to co najlepsze- naszą uwagę, nasz czas i naszą troskę. Chcemy towarzyszyć im w ich rozwoju i nie wyobrażamy sobie, że dziecko miałoby siedzieć w świetlicy szkolnej do 18 dzień w dzień w oczekiwaniu na matkę (na ogół).

Wydawałoby się, że jest tyle dróg zawodowych, tyle sposób na życie  - ale nie udało mi się jeszcze spotkać kobiety w moim wieku (albo były to naprawdę pojedyncze jednostki), która byłaby w pełni zadowolona z układu w jakim się znajduje lub która by twierdziła, że żyje w równowadze między wszystkimi ważnymi elementami. Dla mnie uosobieniem tego dysonansu jest znienawidzone słowo „pośpiech”, który dobrze obrazuje, na jakich obrotach muszę działać, chcąc zaspokoić, przynajmniej po łebkach, wszystkie potrzeby.
Siedzę i kombinuję co by tu zrobić, żeby ze wszystkim zdążyć. Żeby poświęcić dzieciom czas, ale żeby mieć też czas na własną pracę. Żeby mieć godziwą płacę, ale nie pracować od rana do 18+ dojazdy. Własny interes – oznacza konieczność nakładów finansowych i mnóstwo pracy i stres w nienormowanych godzinach, jak zgrać to z przedszkolem, którego trzeba odebrać dziecko na czas? Jeśli zostać w domu - to jak dać radę przy jednej, niepewnej w czasach kryzysu pensji i kredycie?

Okazuje się, że naprawdę dużo kobiet ma takie problemy, nie jestem sama. I tak sobie myślę, żeby ktoś pomógł kobietom rozwiązać taki problem, stworzył możliwość pracy na pół etatu (teraz znalezienie takiego stanowiska graniczy z cudem), może to oznaczałoby prawdziwą politykę prorodzinną? Nie oszukujmy się – becikowe niczego nie rozwiązuje, w moim przypadku poszło w całości na uiszczenie opłat szpitalnych, wyłudzonych w ramach porodu rodzinnego oraz znieczulenia. Może klarowniejszy dostęp do funduszy unijnych, do wspierania przedsiębiorczości kobiet? Gdyby tak pomóc kobietom w uregulowaniu sobie życia, ustawieniu odpowiednich kolein, to opłaciło by się na pewno społeczeństwu.

A na razie – szukam pomysłu na siebie. Mam jeszcze trochę czasu, ale nie wiadomo, co to będzie za chwilę (wszak mamy kryzys), za rok, czy ostatecznie za dwa – kiedy to Hania pójdzie do szkoły i to na drugim końcu naszej dzielnicy.  Będę wtedy musiała jakoś poukładać sobie klocki tej układanki.
niedziela, 08 lutego 2009
- cztejiii!!! czte-jiii !

Regularnie, w godzinach wieczornych, o mniej więcej podobnej porze, pada stosowne hasło z ust Bruniastego. Konia z rzędem temu, kto domyśli się o co chodzi. Oczywiście my, rodzice wiemy w czym rzecz, szkoda tylko, że wspomnianego wcześniej konia nam nikt nie da - mógłby być nawet bez rzędu :)

Czteji - czyli cztery - oznacza porę na mleko. Wieczornym rytuałem Brunia jest bowiem butelka mleka. Na ogół przygotowując ją, opowiadam głośno co robię: a teraz grzeję wodę, a teraz dosypię mleka. Przy każdej wsypanej szpatułce mówię głośno: raaaz! dwaaa! trzyyy! czteryyy! itp. Brunio, wiedząc, że już za chwilę będzie pił swoje ulubione mleko, dzielne mi towarzyszy i powtarza za mną liczby, tyle że w swojej intonacji. "ciiii! cztejiii! I tak to już weszło mu w nawyk, że wieczorne mleko określa właśnie hasłem " czteji". Jeśli sam nie upomni się rzucacjąc odpowiednie hasło, wystarczy tylko zapytać go "Brunio, a chcesz czteji?" TAAAK!" odpowiada z radością i od razu pędzi do kuchni.
środa, 04 lutego 2009

Hania, jako starsza siostra, przejęła na siebie z własnej inicjatywy cześć nauki Brunia. Nowym więc zwyczajem dla obydwojga jest codzienne przepytywanie z odgłosów, jakie wydają najróżniejsze zwierzęta i przedmioty. Najlepiej wychodzi to w łazience, zaraz po kąpieli.

Hania pyta, Brunio odpowiada:

- Brunio, a jak robi krowa?

- Muuuuuuuuuuu!

- Brunio, a jak robi kogut?

- Kukuruuuu!

- a jak robi owieczka?

- Beeeee!

- a jak robi pszczoła?

- bzzzzzzzzz!

- a jak robi samochód?

- brum! brum! Piiiip!

- a jak robi karetka?

- aiii! aaiii! aaiii!

Na ogół lecą wtedy jeszcze zwięrzęta takie jak ulubiona kaczka, świnka, konik, czy też słoń, zaś na koniec pojawia się ulubione pytanie:

- A jak śmierdzi kupa?

Bru wtedy łapie się za noc i woła:

- fuj! fuj! fuj!!!

:))

wtorek, 03 lutego 2009

Przyszła kryska na matyska. Koniec ery hipisów, piosenek o długich włosach i peleryny z włosów. W niedzielny wieczór zafundowaliśmy Bruńkowi postrzyżyny.

To był koszmar. Bruniek, dziecię odważne, na widok samych nożyczek (po raz kolejny) wpadł w szał. W zasadzie nie wiadomo dlaczego, postanowiliśmy wiec ograniczyć cięcie jak się tylko da i przeprowadzić je w przyjazdnych warunkach. We wszystkim asystowała siotra Hanna, która przyglądała się ciekawie całemu zdarzeniu, starając się nie przeszkadzać. Po pierwszym gromkim "ciach" rozległ się wrzask, ostatnio bardzo popularny środek komunikacji u Brunia. Z każdym kolejnych cięciem upewniałam się, że obcinam włosy ośmiornicy, a nie małemu chłopczykowi. Zdecydowanie zapomnieć mogłam o  r ó w n y m  obcięciu, liczyło się tylko tyle, żeby ściąć czapkę z gęstych i grubych włosów, jaka zaległa na głowie Brumisława. Stresowałam się bardzo, co i raz rzucałam w przestrzeń "Rany, ale ja nie umiem strzyc mężczyzn, miałam tylko przyciąć włosy nożyczkami, a resztę mieliśmy zrobić maszynką!! - i tak było, niestety, maszynka zastrajkowała, po dwudziestej piątej amortyzacji stwierdziła, że jest w stanie skrócić jedynie brodę Maużona o pół centymetra, zaś żadnego sierciucha obcinać nie będzie. I tak to musiałam ratować sytuację, obciąć co było do obcięcia, nie narobiwszy szkód i ran. Maużon zapewniał mnie, że na pewno dam radę, w końcu obcinałam już amatorsko włosy paru członkom rodziny, ale to było co innego - to nie był półtoraroczniak, który poruszał się tak szybko, że aż w powietrzu powstawały smugi :)

W skutek tego na głowie Brunia powstało mnóstwo krzywo przyciętych zębów, kosmyków, i innych loków,  za to nagle śmieszny, zarośnięty dzieciak zmienił się w ślicznego chłopczyka o pięknej, wyrazistej twarzy i idealnej czasce. Naprawdę zmiana to wielka, co przyznaja wszyscy napotkani goście. Szkoda tylko, że okupiona stresem ze strony wszystkim uczestniczących, ale nie było innego wyjścia - było to już kolejne podejście do tematu. Może teraz będzie łatwiej, planujemy bowiem wyrównanie włosów maszynką, tuż pojej zakupieniu. Oby!

PS. Ja też zaliczyłam strzyżenie, wreszcie nie mam takich długich, tylko tak jak chciałam, mam włosy pół krótkie i dobrze się w nich czuję :)

poniedziałek, 02 lutego 2009

Myśl na dzisiaj.

Pablo Picasso powiedział: "Computers are useless. They can only give answers" czyli w wolnym tłumaczeniu " komputery są bezużyteczne, potrafią tylko dawać odpowiedzi.

Bardzo ciekawa myśl, coś w tym jest. Może jedną z cech nas ludzi jest właśnie zadawanie pytań, dziwienie się światu? Może to chęć do zmian, do kwestionowania tego co jest, napędza nas w rozwoju i pozwala nam się rozwijać?

Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest, przy całej mojej dorosłej i macierzyńskiej odpowiedzialności, jest zachowanie naturalnej ciekawości, jaką miałam jak każde dziecko. Tej umiejętności patrzenia i dziwienia się, która jak myślę pozwala mi pełniej żyć. Chociaż czasem chciałabym poznać odpowiedź chociaż na część pytań, które dręczą moją głowę. Póki co, w ramach gimnastyki umysłu odpowiadam niezmordowanie na coraz to nowe pytania Hani. Czasem w najzwyklejszym pytaniu można znaleźć myśl, która długo nie daje mi o sobie zapomnieć "no właśnie, dlaczego tak właśnie jest?" i jestem najzupełniej pewna, że na większość z tych pytań, żaden komputer nie umiałby odpowiedzieć :) 

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru