niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
wtorek, 28 lutego 2006

Jakiś czas temu miałam tę niewątpliwą przyjemność spotkać się ludźmi z mojego dzieciństwa. Grupka osób ze starych czasów, z którymi nie widziałam się od hoho! Lat. Byłam bardzo ciekawa spotkania, a jednocześnie zdenerwowana, jak wypadnie? Czy znajdziemy wspólny język? Z dużą częścią z nich łączyły mnie nie najlepsze spojrzenia, wiadomo bowiem jak traktuje się dzieci które chadzają własnymi drogami, dodatkowo fakt przyjaźni i opieki nad dzieckiem z zespołem dawna obniżał moje notowania ogólnoszkolne.

Ale ten rozdział zamknęłam już dawno temu na klucz, dlatego też z ciekawością wzięłam udział spotkaniu. Już od progu zaczęło się szacowanie: winda jeździła z góry na dół chcąc ocenić mój wygląd. Brzydka, bogata, ustawiona? Odnalezienie w obcych twarzach znajomych dzieci było intrygujące i nie bez problemu udało mi się w końcu rozpoznać większość z nich. Po chwili nastąpiło porównywanie osiągnięć, swoisty ranking, ile komu udało się zdobyć. Gdzie pracujesz? Co robisz? Masz kogoś? Gdzie mieszkasz? Pod gradem nietaktownych pytań pomyślałam sobie, że tak naprawdę to wciąż nie wyrośliśmy z piaskownicy, przechwałki bowiem to zabawa przedszkolaków. A jednak przyznaję się, cholerną satysfakcję sprawiło mi stwierdzenie, że to właśnie mi udało się osiągnąć tak zwany przez maluczkich sukces. Tak jak obiecałam sobie przed laty, kiedy ryczałam po powrocie ze szkolnej dyskoteki: ja Wam jeszcze pokazę! I rzeczywiście, udało mi się utrzeć im nosa, tyle że naprawdę mi już na tym nie zależy. Zapanował niezręczny klimat i po krótkim czasie z ulgą opuściłam towarzystwo. Z niektórymi osobami wciąż utrzymujemy znajomość, mają bowiem porządnie poukładane w głowie. A reszta? Niech robią co chcą, mnie to już nie obchodzi :)

Zupełnie inaczej wypadło spotkanie z inną znajomą ze starych czasów. To niesamowita sprawa, coś jak pierwsza randka po latach. Zastanawiałam się, na ile ja się zmieniłam, na ile zmienila się ona. A może obie jesteśmy wciąż takie same? Przecież to naturalne, chociaż bardzo przykre, że zmieniają się przyjaciele, którzy towarzyszą nam w tej zyciowej wędrówce. Wczorajsi przyjaciele są nam dzisiaj zupełnie obcy, a Ci, których jakiś czas temu nie obchodziliśmy ani na jotę, stają się nam bliscy. Przy spotkaniu po latach zawsze jest to wahanie, jak będzie. A potem patrzysz w oczy tej osobie i już wiesz, co będzie dalej. Od słowa do słowa badacie się i wiesz, że podróż do przeszłości zakończyła się szczęśliwie.

Ciekawe są takie spotkania po latach, mam wrażenie, że ludzie jednak nie zmieniają się tak bardzo. Tych, z którymi coś nas łaczyło, odkrywamy na nowo a starzy wrogowie? Cóż, czasem okazuje się, że już nimi nie są, a czasem lepiej omijać ich szerokim łukiem. Dobrze jednak być już dorosłą i stwierdzić, że tak naprawdę wcale to a wcale mnie to już nie obchodzi.

Nie lubię tylko pytań o pracę, o stanowisko, o zarobki. Czy naprawdę nasze codzienne zajęcie tak dużo o nas mówi? I co z tego, że mam dobrą pracę, że jestem zatrudniona w firmie X.? Dla mnie prawdziwym sukcesem jest godne życie, bez względu na to, co sie robi. Życie w zgodzie ze soba i z ludźmi. Po prostu dobre życie. I do tego nie jest potrzebna praca w prestiżowej korporacji ani najnowsze ciuchy. Ale co kto lubi...

poniedziałek, 27 lutego 2006

Jeśli okaże się pewnego dnia, że Hania ma skłonność do włóczęgostwa, do wracania ze szkoły okrężną drogą i odwiedzania koleżanek, będę wiedziała czyja to jest sprawka. Minął bowiem kolejny weekend, który spędziliśmy poza domem, podróżując niczym handel obwoźny miedzy domami z torbami pełnymi ubranek na zmianę, rezerwowych obiadków, kocyków itepe itede. W pierwszym domku Hania hulała wśród trójki innych dzieci, spośród których najstarsze miało 5 lat a najmłodsze 3 miesiące. Swoją drogą niezły żłobek, trzy matki i czwórka dzieci a cały czas i tak panował pewien oczywisty rozgardiasz. Jedne dziecko jeżdziło na samochodziku, drugie ciągnęło to czwarte najmłodsze za rękaw (ooo, to moje!), trzecie koniecznie chciało być na rękach u mamy a odstawione na podłogę włączało syrenę tak głośną, że wszyscy odruchowo patrzyli gdzie się pali. Potem następowała zamiana ról (coś jak zabawa w komórki do wynajęcia). Między nimi przemykała biedna poczciwa Sunia, która co rusz była obejmowana przez Zwierzolubną Hanię. Kiedy jedno zasypiało, drugie się budziło i w tych momentach naprawdę podziwiałam matki mające czwórkę czy więcej potomstwa.

Hanka w nocy zmuszona była spać na małym materacyku, co spowodowało, że co wchodziłam do sypialni, to zastawałam ją w dziwniejszej pozie, a to nogi na poduszce, reszta na podłodze, a to sen na kołdrze obok materaca. My w miedzyczasie snuliśmy rozmaite długie rozmowy o życiu, o polityce w szczególności (hitem były poczynania księdza "Mushroom", mieszkającego w niejakim "Moherowie" jak podobno głosi tabliczka przed tym miastem), o naszych planach życiowych, które zaczynają się bardziej krystalizować, o wakacjach. Ech, jak to dobrze jest z kimś przegadać pół nocy. W końcu idąc spać zgarnęłam Haniołka do siebie i noc minęła nam spokojne a rano obudziło mnie delikatne mizianie stopy po twarzy.

Wizyta w kolejnym domu była równie miła. Odwiedziliśmy moją koleżankę z dawnych czasów i jej urocza córeczkę, będącą w wieku Hani. Dziewczyny najpierw długo się badały, a potem nawiązały nić porozumienia. Chociaz to wiek, kiedy dzieci bawią się raczej obok siebie niż ze sobą, wydaje mi się, że dzieciaki porozumiewały się telepatycznie. Kiedy jedna zrobiła jakiś numer, druga po chwili robiła to samo. Było więc wyjadanie ziemi z kwiatków, zjadanie obiadu tacie z talerza, ganianki dookoła kuchni (i dwie uciekające).Były śmiechy, chichoty i tany tany przy muzyce (każda ze swoją mamą). Słodka Alunia, która podobno jest raczej nieufna, przyszła do mnie, poprosiła żeby wziąć ją na rączki ze słowami "Mami" :) Gorzej było, gdy przyszło do zabawy zabawkami, które jak wiadomo są w pojedyńczych egzemplarzach. Nasza Hania nie miała tu problemu ze zdobyciem sprzętu, bo po prostu zabierała Ali zabawki, które chciała. Całe szczęscie że to wiek, kiedy szybko się zapomina, bo chwili bowiem dziewczyny zgodnie odkrywały zawartość garderoby.

Mi też symptacznie było odnowić znajomość i odkryć, że tak naprawdę w ogóle się nie zmieniłyśmy a przez pewien czas mieszkałyśmy tuż obok siebie, blok obok bloku, ale nie udało nam się wpaść na siebie. Dobrze, ze teraz nadrobimy straty.

Do domu dotarliśmy wykończni, zmęczni, spełnieni. Szybko połozyliśmy umęczoną Potomkinię spać, po czym po kąpieli reanimiacyjnej, ulubionej sałatce z butelką wina zasnęlismy na kanapie niczym rażeni gromem chociaż w głowie tliły się jeszcze jakieś plany.

To się nazywa udany weekend.

Podczas intensywnych negocjacji z pewnym łysym mężczyzną:

On: wzięłaś mnie pod włos, co przy mojej fryzurze nie było łatwe...

;)

czwartek, 23 lutego 2006

Miłość na przykładzie bułki, kajzerki ściśle mówiąc. Jak każdy wie, bułka ta ma (po przekrojeniu) górę i dół i miłośników jednej lub drugiej części. Przyjmijmy, że górna część to Góra, a dolna - Dół. Czas akcji: dowolna sobota.

Miłość idealistyczno-młodzieńcza:

Zdecydowanie wolę Górę, ale żeby Mój Ukochany dostał to lepsze, to zjadam Dół. M. Woli Dół, ale żeby jego Ukochana miała lepszą część, pokojnie zjada Górę.

Miłość rozsądna:

Mówimy sobie o tym co chcemy i czego pragniemy. M. Zjada ulubione Doły, mi wreszcie trafiają się Góry.

Miłość hulaszcza:

Przesypiamy śniadanie po późnym powrocie z imprezy. Po przebudzeniu i prysznicu zjadamy starą bułkę, zagryzając ją gorącą jajecznicą. Nikt nie zwraca większej uwagi co to za bułka.

Miłość małżeńska:

M. Biegnie rano po świeże bułeczki na śniadanko. Ja z miłością zjadam co mi zrobi z własnoręcznie zrobionym twarożkiem.

Miłość małżeńska z dzieckiem

Nikomu nie chce się iść po bułki. Zjadamy mleko+płatki z resztkami kaszek dla dziecka (teoretycznie trzeba je zużyć w ciągu 3 tyg. od otwarcia)

Miłość rodzicielska

Oddajemy bułkę dziecku.

środa, 22 lutego 2006

Dziwna ta pogoda. Sprawa że mam skłonność do rozmaitych nastrojów - począwszy od euforii na widok słonecznych promieni skończywszy na lekkim otępieniu pod wpływem szarugi i chlapy. Moje siły żywotne ulegają dziwnym zmianom - koło 21-22 zmieniam się w zombi, który ledwo przemieszcza się po mieszkaniu. Mam ochotę (i możliwości) by zasnąć na pierwszym lepszym napotkanym meblu, którego powierzchnia jest w stanie przyjąć moje zmęczone ciało. Świat jawi się jako abstrakcja, bowiem przez zaspane, zamglone oczy niewiele widzę. Gdyby tylko toaleta nie składała się z tylu czynności i do łóżka byłoby bliżej, gdyby nie było mi głupio kłaść się tak wcześnie i gdybym nie miała paru rzeczy w domu do zrobienia, to pewnie poszłabym wtedy spać.

Ale nie.

 Ambitnie trwam aż do godz.23, kiedy to zaczynają wracać do mnie życiodajne siły. Długa kąpiel ożywia ciało, mózg odzyskuje dawną sprawność, przytomniej patrzę na świat i planuję kolejne aktywności. Jaka szkoda, że właśnie wtedy trzeba kłaść się spać. Hania już dawno śni o szczęśliwym miejscu wygięta w najdziwniejszy pałąk, M. szykuje się do snu a ja niczym wampir wyruszam na intelektualny żer. Jako że jestem kobietą pracującą, kładę się rozsądnie do łóżka, ale nie oznacza to wcale snu. Zanim bohaterski M. Padnie pod moim słowotokiem zamęczam go dyskusjami o życiu, a im później tym tematy ciekawsze. Chociażby wczorajsza - niezależność kobiet, co oznacza dla mężczyzn? Czego mężczyźni pragną? Czego się boją? Co dla nich oznacza niezależność kobiety? I czemu co innego deklarują a co innego myślą? Wciągnięta w wywody nawet nie zauważam, że M. Z miłości do mnie tylko przytakuje hmm... marząc o tym abym wreszcie skończyła wątek zasnęła (wszak zasnąć w trakcie mojej opowieści nie wypada). W końcu postanawiam zasnąć i ja - ale ciągle przypomina mi się coś ciekawego do omówienia, coś co mi się wydarzyło i dorzucam ostatnie jeszcze zdania. Nieraz M. wybudza się w trakcie dyskusji, podczas gdy ja zaczynam odpływać i na nowo zaczynamy wkręcanie w dyskusje.

W końcu jednak Hanka chrząka znacząco przez sen i teatralnie wzdycha dając nam do zrozumienia, co sądzi o tym nocnych polaków rozmowach. Padam rażona strzałą Morfeusza, po to by rano jak co dzień żałować, że nie położyłam się wcześniej...

PS. Niektóre (i jest ich dużo) nocne rozmowy kończą sie zupełnie inaczej ale to już zupełnie inna historia ;)

niedziela, 19 lutego 2006

Mamy środek zimy i Mama przechodzi chyba jakiś kryzys. Chodzi i jęczy, że pogoda kiepska, że na wspólne spacery się nie da chodzić, a przeciez na dworze jest tak fajnie, można wchodzić w głebokie kałuże, zjadać śnieg! Do mamy jakoś ten argument nie trafia i ciągle opowiada mi jak to bedzie pięknie jak nadejdzie prawdziwa wiosna.

Słyszę też ciągle, że rodzice coś tam przebąkują o diecie. U mamy wygląda to tak, że ciągle sie motywuje do pseudogłodówek. Jak sama mówi stosuje dietę "nie żryj tyle", wraca do domu zjada jakiś tam obiad a wieczorami dręczona głodem albo jęczy jaka to jest biedna i głodna albo robi najazd na lodówkę, na ogół nie znajduje tam nic ciekawego, postanawia więc być twardą i wytrwać w postanowieniach. Jest wtedy taka dumna z siebie a ja i tak wiem, że jakby w lodówce znalazła jakież pierożki, choćby i dobrego śledzia czy sałatkę to nie byłaby z siebie tak zadowolona. Ale i tak lepszy jest Tata, który lubi myśleć, że jest na diecie,chociaż na czym ta dieta polega, tego nikt nie wie.

Jako, ze wiosna jeszcze nie nadchodzi, radzimy sobie jak możemy. Rodzicie zabierają mnie na rozmaite wizyty albo goszczą u siebie znajomych. Niech no tylko ktoś przychodzi, każą mi cieszyć, jakby conajmniej znała ich sto lat albo przywieźli mi żywego słona. Mama mówi: "zobacz Hantulku, to jest przecież wujek X!!!" Wujek X. wpatruje sie we mnie pełen wyczekiwania myśląc, że za chwilę padnę mu w ramiona gruchając ze szczęscia i wydeklamuję wierszyk ku jego czci - paranoja! Na szczeście każdego wujka czy też ciocię da się odpowiednio ustawić i po pół godzinie wzajmnych podchodów bawimy się w najlepsze. Rodzice siedza wtedy tacy zadowoleni, pewnie dlatego, że mają chwile spokoju ode mnie, ale przeciez wspólna zabawa to taka frajda, ja ich nie rozumiem.

Za to jak jedziemy gdzieś razem z autem to jest bardzo wesoło. Śpiewamy sobie razem z Tatą lalaaalaaalaaaa a mama dołącza do nas i śmieje się, że zrobi konkurs, kto z naszej trójki najładniej śpiewa. Oczywiście wygrywam ja, bo oni biedacy to w tym wieku mają już słuch stępiony i śpiewają jakieś dziwne melodie. Bardzo lubię te nasze śpiewane chwile, jak nic się nie dzieje na drodze i jak nie przejeżdzają koło nas fajne auta.

Ups, muszę kończyć, bo spac mi się chce. Co jak co, ale jak przychodzi pora spania to nic nie jest w stanie zmienić mojego zdania. Lubię spać!

Dobranoc!

piątek, 17 lutego 2006

Z okazji światowego dnia Kota zyczę wszystkich kotom, a w szczególności własnym kocicom:

- dużo świętego spokoju

- dobrego żarcia

- słońca do wygrzewania

- głaskacza wedle życzenia!

Miau!

Moje dziecko ma zmienny apetyt, która to rzecz spędza mi sen z powiek (przynaję się - to tylko taka metafora , bo przy obecnej pogodzie i zmęczeniu nic nie jest w stanie wytrącić mnie ze snu, jedynie odgłosy Hani w nocy mnie budzą. Czasem dochodzi do tego, że wracając po pracy do domu, potrafię odpłynąć w samochodzie, raz zdarzyło mi się nawet przysnąć w autobusie, z czołem przyklejonym do szyby, dobrze, że kurczowo trzymałam torebkę :). To się cieszę, ze coś zjada, to się martwię, że je za mało i za grymaśnie. Jest to też pretekstem do długich rozmów z Busią i ze samą sobą, co Hani dawać jeść i jak.

Jednakże nawyki jedzeniowe Hani nie przeszkadzają jej dokarmiać domowych ulubieńców. Tak wiec lalki i misie obficie częstowane są pracowicie kruszonym chlebkiem lub bułeczką (czyt. okruszkami, które można później znaleźć wszędzie). Ukochane kocice tez nie wywinęły się od poczęstunku. O ile od chlebka można się jeszcze uchylic, to kotom znacznie trudniej wywinąć się np. od soczku z kubka niekapka. Ostatnio obserowałam jak rozanielona Hania wtykała ustnik od butli z sokiem wprost w zaciśnięte kocie usta. Godzina była wieczorna i Grubą ogarnęło błogie rozleniwienie, nie chciało jej się złazić z wygodnej poduszki na krześle. Próbowała wiec przeczekać niewygodną sytuację, mając nadzieję, że Hance się znudzi. Gdzie tam! Hania nie żałuje kochanemu kotku ani czasu ani wysiłku ani własnego soczku. Z poświęceniem starała się trafić prosto w owłosione usteczka, nie zrażając się wymownym spojrzeniem skośnych kocich oczu. W końcu musiałam interweniować, żeby nie musieć za chwilę wyciągać butli z kociego nosa.

Jeśli nie ma jedzenia - zawsze można się poprzytulać. Hani lale i przytulanki wydają się być stworzone do kochania - bez względu na rozmiar (najmniejsze mają kilka centymetrów, największe są jej wielkości), wygląd (jednym z przytulaków jest cięzki plastikowy miś typu wańka-wstańka) są czule tulone przez Haniołka. Co się dzieje dalej z nimi, historia milczy ;)

Drugim nawykiem, który ostatnio często obserwuję, jest częsciowa chęć do porządków. Jak coś się wyleje na stół, trzeba go pracowicie wypolerować chusteczką. Jeśli jedzenie ubrudzi usta - trzeba je szybko wytrzeć, a jeśli mama Haniołkowa się spóźni to czyściocha Hania rozsmarowuje mazię po twarzy i włosach. Często próbuje też wytrzeć usta tym co ma w rączkach (np. pilotem od tv). Po posiłku - obowiązkowe wycieranie buzi i rączek specjalną gąbeczką. Kontynuując sprzątanie - niech no tylko Hania dorwie się do śmietniczki i miotełki. Pracowitemu machaniu obydwoma przedmiotami nie ma końca. Podobnie wygląda sprawa ze szmatką do podłogi - jak tylko Hana ma ją w swoich rączkach, pucuje pracowicie podłogę czy też inną powierzchnię, która znajdzie się w zasięgu.

Ach, żeby tak jej zostało, żeby tak z zacięciem prowadziła domowe porządki! Mama Haniołkowa chętnie dałaby jej tu wolną rękę, byleby podłogi były czyste a meble bez kurzów i brudów.

Pomarzyć dobra rzecz.

środa, 15 lutego 2006

Załatwię to hurtowo, bo narzekać nie lubię, ale ostatnia sytuacja zmusza mnie do reakcji. Staram się, żeby ten blog był kroniką małego Haniołka, wolnego od politycznych poglądów, argumentów, jednak czy chcemy czy nie, jest to nasza codzienność. Nawet jeśli schowamy się przed światem, powiemy, że nas polityka nie interesuje, to ona istnieje i ma coraz wyraźniejszy wpływ na nasze życie.

I ten wpływ mi się nie podoba.

Stanowczo protestuję przeciwko dyktaturze katolickiej, manipulacjom rządu (pakty i aneksy, straszenie rozwiązaniem sejmu). 20 mln złotych idzie na światynię opatrzności zamiast na konającą służbę zdrowia? Po bodajże Wrocławiu krążą modlitewne patrole, modlące się za 'niecnych grzeszników" nota bene chodzą w nim młodzi ludzie - to już uważam za totalną bzdurę. Jeśli ktoś chce zrobić coś naprawdę dobrego i ma dużo wolnego czasu, niech skorzysta z wolontariatu - jest naprawdę dużo potrzebujących - osoby starsze, dzieci, niepełnosprawni. Na pewno godzina spędzona w takim towarzystwie wniesie w zycie prawdziwe dobro i chociaż w małym stopniu zmieni tę naszą rzeczywistość. Ale oczywiście to już wymaga wysiłku. Lepiej połazic i ponarzekać na innych niż wziąć się roboty?

Idąc dalej po własnym osiedlu - na jedynym wolnym większym placu postanowiono wybudować kościół (mówię o Kopie Cwila). Bo oczywiście wielkie gmachy kościołów na każdym rogu nie wystarczą? Naprawdę, w naszej dzielnicy jest więcej kościołów niż wiernych, dodatkowo ok.. 80-90% mieszkańców sprzeciwiło się tej budowie, bo to jedyne zielone spokojne miejsce, ale kto by tam plebsu słuchał.

Ojciec dyrektor i jego radio wraz z armią wiernych wielbicielek to inna historia. Rozumiem tę zbiorową histerię - ksiądz wykorzystał potencjał tysięcy samotnych kobiet, w wieku późno emerytalnych, kobiet, których nikt już nie potrzebował, które świat zostawił daleko z tyłu. Kobiety te nagle dostały Misję i poczuły się naprawdę potrzebne, po raz pierwszy od wielu lat.

Stanowczo jednak protestuję przeciwko mieszaniu się radia w zycie polityczne i społeczne pozostałych ludzi. Ojcu R. I jego zastępom, jego chciwości i zachłanności na władzę mówię stanowcze nie.

O religii w szkołach nie wspomnę. Szkoda tylko, że mówiąc religia mają na myśli jedyną słuszną opcję. A gdybym tak była innego wyznania, czy szkoła jest mi w stanie zapewnić odpowiedniego wykładowcę?

Nie cierpię ograniczania mojego prawa do własnych poglądów. Nie cierpię zaglądania do mojej sypialni i do mojej głowy. Nie będę się tłumaczyć z tego co myślę i czuję, dopóki nie krzywdzę innych.

Nie chcę żeby moje dziecko było zmuszane do wybóru jesteś z nami albo przeciwko nam. Ale jeśli do tego dojdzie, będę ją wspierać, żeby szła swoją ścieżką, tak jak ja nią szłam. Pod koniec podstawówki byłam jedyną osobą, która mogła nie chodzić na religię? Dlaczego? Mama uznała, że skoro nie czuję takiej potrzeby to nie muszę chodzić. Wiara jest sprawą przekonania a nie przymusu. I niech tak zostanie.

wtorek, 14 lutego 2006

Haneczka zaliczyła ostatnio postrzyżyny. Babcia, zachęcona dobrym wynikiem przycięcia włosków z tyłu, czyli tak zwanego dywanu, dorwała się do najbardziej tępych nożyczek w domu i poszła na całość. Nie od dzisiaj bowiem trwa spór koncepcji fryzury Małej - moja z grzywką nad brwiami i Busi ze spineczką na boku albo z kitką a'la dziecko z ochronki. Konflikt ten pozostaje nierozwiązany, bowiem o ile to ja jestem mamą i mam tu więcej do powiedzenia o tyle Busia spędza więcej czasu z Hanusią, a co porabia w ciagu dnia, pozostaje dla mnie tajemnicą.

Tak wiec ostatnio wracając z pracy, dojeżdzając windą na swoje piętro zobaczyłam dziecko swoje ale jakby nie swoje, brykające beztrosko po korytarzu. (stało się bowiem zwyczajem, że Hania odprowadza mnie do windy, macha przez okno, a powracającą wita w okienku windy).

Dziecko wygląda ładnie ale zupełnie inaczej. Zaczęłam się już zastanawiać, czy to wynik choroby, w której Hanka schudła żmudnie uciułany przez miesiące kilogram, czy też bardziej wyraźniejsza fryzurka (coś jakby paź? Pod garnek? Maria Dąbrowska? Podobno jeszcze modne są grzywki do połowy czoła, wiec może Hanka jest spinky/jazzy/trendy? :). Wygląda nawet lepiej. Jedynym minusem jest to, że fryzura jest potwornie krzywa i asymetryczna - z jednej strony pozostały boczki, w grzywce są zęby, ale aż boję się wyrównywania, szkoda mi tych pięknych złoto-miedzianych aksamitnych włosków. Ale niech ma, dzisiaj wyrównam pejsy po bokach, idę na całość.

A Busia, po złożym podziękowaniu za ciekawą fryzurę, ma zakaz dotykania się nożyczek. Ciekawe czy mnie posłucha?

A Hanusia wygląda tak:

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru