niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
czwartek, 28 stycznia 2010

Jest pewien cichy i niezauważany nieodzowny towarzysz macierzyństwa. Nawet jeśli ktoś głośno wypowie jego imię, może zostać wyśmiany albo całkowicie zignorowany. Bo przecież skoro wszyscy go mają to jakby nikt go miał. Czasem myślę też, że może to coś wstydliwego jest, a przyznanie się do tego to jakaś porażka jest?

Zmęczenie, bo o nim mowa.

Małe, drobne, codzienne zmęczenie. Wyłazi na wierzch, kiedy wraca się na ostatnich nogach do domu, a tam czeka codzienny maraton spraw, rzeczy, których nie da się odłożyć na potem, na półkę. Czasem przy kąpieli dzieci natchnie mnie zdradziecka myśl, jak chętnie zapadłabym w fotel i przysnęła pół godziny. Ale może lepiej nie myśleć i dotrwać do tej godziny, kiedy dzieci już śpia, a obiad na jutro jest ugotowany, koty nakarmione i inne obowiązki domowe spełnione i można coś zrobić dla siebie. A jednak czasem mnie bierze, ciemnymi wieczorami, kiedy tak bardzo chce sie spać, leżeć, spać, głowa boli i nic się nie chce. Ostatnio nie wytrzymałam i po powrocie z pracy i układaniu klocków, położyłam się z dzieciakami na małżeńskim łóżku i zrobiliśmy maraton czytania książek. Już pod koniec pierwszej głowa zaczęła mi opadać. zmieniłam wiec koncepcję z czytania na leżenie. Po chwili leżał na mnie Bru, pod pachą opowiadała coś z przejęciem przytulona Hania. Zaraz potem Bru zapragnął pojeździć na mamie jak na koniku a Hania zaczeła skakać po łóżku, potem pokłócili się kto będzie leżał po której stronie mamy. ale nie narzekam, w końcu chociaż chwilę poleżałam, co jest dla mnie rzadkością.

Narzekać na zmęczenie nie można, bo przecież każdy jest na swój sposób zmęczony. Można co najwyżej usłyszeć przyjacielskie "chciałaś mieć dzieci, to masz" albo "Ja mam gorzej!", "nie narzekaj, inni mają gorzej, chcieliby mieć twoje problemy" ale też czasem "rozumiem Cię, mam tak samo, takie jest życie".

A jakie są Wasze sposoby na to zwyczajne zmęczenie, na tę chęć snu? Oczywiście przy założeniu, że nie ma kto Was odciążyć.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Mróz,silny mróz i śnieg.

Koty ustalają kolejność, kto będzie kiedy spał na najlepszym grzejniku w domu zlokalizowanym w kuchni, ale najstarsza Grubasa i tak rządzi - w razie ochoty włazi na grzejnik i powoli acz sukcesywnie spycha Młodego gdzieś w okolice kurka. Hierarchia i szacunek musi w końcu być.

Tajfuny za to wymieniły się chorobami. Tak jak Hani udało się utrzymać w jako takim zdrowiu, tak uparciuch Brunek nie chce wydmuchiwać nosa i domowe metody nie skutkują. Swoją codzienność urozmaica barwnym wachlarzem wymiotów, po których biedniusieńki płacze wołając "jestem smutny!". Bezdzietny przyjaciel, dla którego dzieci to twory z innej planety pociesza mnie, że mam ciężko, a ja już nawet nie zwracam na to uwagi, taka codzienność, przecież zawsze musi się coś dziać. jedziemy wiec dzisiaj do lekarza, żeby uzdrowić Syna.
przy okazji stwarza to okazję do interesujących rozmów rodzeństwa:

Hania po powrocie z przedszkola: Brunio, jak się czujesz?

Bruno (z dumą): nie rzygałem!

Za to szukam dobrych stron w trzaskającym mrozie - nikt nie bedzie miał wyrzutów sumienia jak przy -25 stopniach nie pójdę na spacer z dziećmi. Zamiast tego kładziemy się na łóżku z synem i oglądamy mój piękny album o motocyklach, wybieramy, który byśmy chcieli mieć, który jest piękny. A czasem udaje mi sie nawet ukraść parę stron w nowej książce o Fandorinie, w takie mroźne wieczory tak łatwo się jest zapomnieć. A wieczorami jak nigdy cudownie smakuje grzany miód - polecam! Acha, jeszcze jedno, na mrozy dobrze jest jeść tłuszcze przed wyjściem na dwór: ja właśnie ulegam tłuszczom w formie oleju z dużą ilością grubego, białego śledzia matiasa i cebulki. Mniam!

piątek, 22 stycznia 2010

Styczniowy wir wciągnął nas na dobre. Podpieram się nosem, brodą, czym tylko się da a nadziei upatruję w kawie. Życie rodzinne toczy się jednak swoim torem.

Hania stoczyła walkę o chorowanie. Parę dni temu gorzej się czuła, dostała uderzeniową ilość czosnku, po raz pierwszy zresztą, a potem syrop czosnkowo-cebulowy i po mału, maluśku wyciągnęła sie z tego bez przerw w chodzeniu do przedszkola. A tydzień miała naprawdę bardzo pracowity - bal karnawałowy, wyprawa do prawdziwego teatru, występ na dzień Babci, a dzisiaj spotkanie z panią psycholog na temat dojrzałości szkolnej. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Jak na razie nastawieni jesteśmy na puszczenie Haniu już do pierwszej klasy, zamiast żeby nudziła się w zerówce. Hanię też ciągnie do nauki.

Ja: Haniu, a kim chciałabyś być, jak będziesz duża?

Hania: wiesz mamusiu, jeszcze nie wiem, ale może strażarką? Może w bibliotece bedę pracować, a może bedę sklepikarką?

Ja: A nie chciałabyś pracować w przedszkolu, być przedszkolanką?

Hania: Nieeee.....ale wiesz Mamusiu, kim bym chciała być najbardziej? .....Tą Ciocią, która przywozi jedzenie z kuchni!

:) W końcu ustaliłyśmy, że jednak najbardziej Hania chciałaby zostać kucharką. A niech i będzie, ktoś musi w końcu żywić rodziców na starość.

******

Brunio tez zaliczył parę imprez, bowiem zabraliśmy go na zebranie w przedszkolu Hani. Chłopak chodzi tam z prawdziwą przyjemnością, co rano prosi, żeby pójść wraz z Hanią do przedszkola, wiec i takie wyjście to atrakcja. Brunek nie speszył się ani trochę nawet jak wszedł do sali pełnej rodziców, wpatrzonych w niego (weszliśmy w trakcie prezentacji p.psycholog). Szybko też zajął sie sobą, samochodzikami. Dzięki Busi zaliczył też występ Hani na dzień babci.

Jego wiecznie ciekawy i chłonny umysł ciągle żąda nowej wiedzy. Ostatnio przy gotowaniu sosu bolognese Hania obierała czosnek, a Brunio (lekoman)przepytywał mnie na co są lekarstwa wystawione na blacie:

B: A co to jest? to sylop?

Ja: tak, to syrop, jak boli gardło to się go pije

B: a to co to jest?

Ja: to na gorączkę Misiu

B wystawia rękę i pokazuje paluszkiem jej środek z pytanie: o tu Mama?

Ja: ale co Misiu?

B: O tu Mama? na rączkę?  ;)

Wieczorem:

B: Mama, jestem choly, boli mnie bziuch, prosze lekalstwo!

Na te słowa dałam przeziebionemu Bruniowi łychę tranu z witaminą C. Bru wypił, skrzywił się odpowiednio i rzekł:

- Mmm, już jestem zdlowy, już mnie bziuch nie boli!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Każde dziecko uczy nas czegoś nowego - tę starą prawdę zna każdy rodzic. W przypadku naszych dzieci można powiedzieć, że przechodzimy kurs Zasypiania w stopniu Magistra.

Jeśli chodzi o Hanię to tytuł Licencjata ds.Zasypiania udało nam się zdobyć bez zbędnych problemów. Dziecko to lubi spać, a do zaśniecia potrzebuje typowego zestawu: przytulenia rodziców, przeczytania książeczki (a i to nie zawsze, czasem jest zbyt zmęczona), całusów, zaklęcia i to wszystko. Na ogół Hania zasypia w ciągu paru minut albo i sekund po wyjściu z jej pokoju, o czym sama nas zapewnia ("Mamusiu, ja natychmiast zasypiam!". Córeczka nasza budziła często zazdrość u innych rodziców, a my nie wiedzieliśmy o co chodzi, przecież to chyba normalne?

Przy Brumisławie okazało się, że rzeczywiście proces zasypiania u dzieci to sprawa bardzo skomplikowana a dobre chęci rodziców nie mają tu często znaczenia. Brunek to typ sowy - im później pójdzie spać tym lepiej dla niego. Zasypianie to u niego na ogół skomplikowany proces składający sie z wielu czynności.

Po pierwsze zaraz po wyjściu z kąpieli pędzi do Hani do łóżka z głośnym okrzykiem: "czytamy! czytamy!". Tam odsłuchuje w spokoju parę kartek, przy kolejnych już się kręci i komentuje to co go interesuje. W końcu następuje koniec lektury, dzieci wymieniają czułości, buziaki na dobranoc, zaklęcia i Bru jak strzała leci do swojego pokoju. A tam...

po drugie: ...można robić mnóstwo ciekawych rzeczy. Ale że pora na sen to Bru (na ogól bo też nie zawsze, często trzeba go gonić) ładuje się do łóżka, prosi o zapalenie górnego światła, ułożenie poduszek i "czyta". Należy go wtedy zostawić, ale nie należy nabierać przekonania, że to już koniec i zaraz dziecko zaśnie, bo chociaż tak się zdarza, to często Bru zostawiony sam sobie, po 15 minutach...

po trzecie:  ...przychodzi na dół, tam gdzie urzędują rodzice. Bo nie chce jeszcze spać, bo duch siedzi po łóżkiem, a tak w ogóle to na dole jest weselej i mama co robis? ładuje się na kolana, szczęśliwy, że nie leży w łóżku i dołącza się do wszystkich działań. Żeby nie tworzyć precedensu odprowadzamy go na górę i tam teoretycznie Bru postanawia iść spać, trzeba jeszcze tylko...

po czwarte: ... zaśpiewać kołysankę, koniecznie o małych dzieciach (małe dzieci mrużą już oczka...), głaskając go głowie malucha, śpiewać coraz ciszej, coraz wolniej i w końcu opuścić pokój z głębokim westchnieniem, że to chyba już. Czyżby?

po piąte: Godzinę później wystarczy zajść do Brunia. Bardzo często zastaje sie następujący widok:

To nie jest tak, że Brunek zasypia podczas zabawy na dywanie. Ten sprytny i zaradny chłopak po prostu przenosi sobie łóżko na dywan - układa poduszkę pod głową, zabiera pieluszkę, samochodzik i książkę a na koniec (nie wiem jak) przykrywa się dokładnie kołdrą. I tak śpi. Zdarza się to w co drugi dzień. Czasem udaje nam sie go jeszcze przyłapać jak zasypia jeszcze i wtedy bez problemu daje się go przełożyć do łóżka. I wtedy Bru śpi do rana, kiedy to przychodzi do naszego łóżka i mówi:

- Tata, jest dzień! - i podaje swojemu ojcu okulary.

11:34, ingutka
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010

Zima to nie jest moja ulubiona roku, naprawdę. Zwłaszcza odkąd jestem pracującym rodzicem. Najchętniej niczym niedźwiedzica obżarłabym sie po brzegi jesienią, zasnęła snem zimowym i obudziła się wiosną smukła i pełna energii. No moze obudziłabym się jak Muminek na Święta i na wypad na narty. Owszem, przepięknie wygląda świat otulony śniegiem, ale ja nie mam kiedy się tym delektować.

Tymczasem jako kobieta pracujaca codziennie przebijać się muszę przez śniegi, muldy i błoto, odśnieżać samochód, łazić poubierana w warstwy ubrania żeby nie zmarznąć. Jak dobra mama spędzam liczne chwile na pobliskiej górce, na łyżwach. Najchętniej wskoczyłam pod kołdrę i zanurzyła się w świat książek, których wieżowiec stoi na mojej nocnej szafce. Nocnej - bo tylko wtedy urywam sobie chwile na czytanie.

Brakuje mi światła, słońca, zieleni i owoców, ogródka otwartego non-stop, gdzie dzieciaki mogą szaleć do woli, wolności dobrej pogody. Teraz dzieciaki szaleją na górkach, ale wieczorami muszą ograniczać się do własnego grona i najbardziej wymyślnych szaleństw domowych, czasem i najdziwniejsze pomysły przychodzą im do głowy, a czasem przedszkolak Hania niewyspana, zmęczona ciemnością i niskim ciśnieniem jęczy i marudzi, sama nie wiedząc czego sama chce.

Dobrze, że ferie już niedługo...

09:44, ingutka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 stycznia 2010

Bruno uwielbia wszelkie fikołki i tego typu szaleństwa. Kiedy tylko któreś z nas kucnie, włazi przez ramię i zwiesza się w dół. I tak było tym razem - na koniec Bru podparł się rączkami i zawołał głośno:

- Jestem Toperz! (w domyśle - nietoperz)

I jak tu wyjaśnić, że to nie toperz tylko nietoperz? ;)

************************************************

Po kąpieli Bruno pakowany jest w zielony ręcznik z kapturem.

- Mama, jestem Kaptulek! (kapturek)

- jaki Kaputerk?

- elony! (zielony) Baaabciu, gdzie jesteś? Baabciu! (i tu nastąpiła zabawa w zielonego kapturka, w której ja musiałam być wilkiem, a Hania babcią ;)

*******************************************

Po wycieraniu przychodzi czas na smarowanie buzi kremem. Zawsze robię to ja, tym razem M. Bruno nie zauważył różnicy i woła:

- Mamusiu?

- Ja nie jestem Mama, ja jestem Tata - poprawia go M.

- a ja estem Brunio - odpowiada rezolutnie synek.

****************************************************

Na koniec krótka historyjka. Na ogół unikamy zakupów w marketach, ale raz na jakiś czas trzeba się wybrać i zakupić co trzeba. Na ogół robimy zapasy na dłuższy czas. Tak było i tym razem, wózek był pełen, M. poszedł wiec go odwieźć do samochodu i zapakować, a w tym czasie Tajfuny korzystały z dobyczy cywilizacji marketowej tj. pojazdów uruchamianych na monetę. I bez monety można się w nich świetnie bawić, dzieciaki krążyły więc między helikopterem, wozem terenowym a wyścigówką, ja obserwowałam ich z pobliskiej ławki. W końcu Bru spragniony wrażeń postanowił z kimś pogadać. Podszedł więc do młodziutkiego Ochroniarza z Hanią w asyście i podzielił się z nim informacją najwyższej wagi:

- Nie ma Taty!

Ochroniarz spojrzał na wpatrzonych w niego z uwagą dwójkę maluchów, podrapał się po głowie i zadał pytanie:

- a gdzie jest Tata?

- poszedł do auta, na dół. Nie ma go! - poinformował go zgodnie z prawdą Bruno.

I w tym momencie pękła najmniej odporna osoba uczestnicząca (pośrednio) w wydarzeniu. Zanim jako rodzic dziecka zostanę posądzona o porzucenie potomstwa i nieodpowiednią opiekę, zanim z megafonów rozległa się informacja" Tata wygadanego Brunia proszony jest o zgłoszenie się do punktu obsługi klienta!",  zawołałam Hanię i przerwałam Tajfunowy test na Ochroniarzu. Mam nadzieję, że w razie prawdziwego zgubienia będą równie skuteczni.

Sypnęło śniegiem, zaczął sie więc rodzinny festiwal sportów zimowych - pobliska górka obowiązkowo, do tego jeszcze postanowiliśmy rozpocząć jazdę na łyżwach.

Pierwszy wypad był ciężki. Hania wisiała albo na mnie albo na M., a my jako instruktorzy naradzaliśmy się, jak nauczyć jazdy na łyżwach i mieliśmy do tego zupełnie różne koncepcje. Od chodzenia na łyżwach po ciągnięcie za rękę, dwie ręce. Sukcesem tego wyjścia było to, że Hania nie zraziła się do tej zimowej dyscypliny. Bruno też do niej dołączył, ale złapał jeszcze idei o co w tym chodzi poza tym, że fajnie jest, jak Tata lub mama ciągną go szybko na łyżwach.

Najlepszą metoda okazała się obecność ukochanych Sióstr Ciotecznych. Pod ich wpływem Hania zapragnęła jeździć sama, a po upadku podnosiła się w mgnieniu oka. Dosłownie w ciągu paru minut zrobiła kolosalne postępy i była bardzo z siebie dumna. "Mamusiu, ja tu zostanę na łyżwach do końca świata, tak mi się podoba". I jeżdziła z rumieńcami na buzi, raz jej wychodziło lepiej, raz gorzej  - ale jeździła zupełnie sama! I to było drugie wyjście na łyżwy w życiu. Jesteśmy dumni!

środa, 06 stycznia 2010

Bardzo wzrusza mnie wrażliwość Bruna. Już w takim małym wieku mój chłopczyk nauczył sie świetnie odczytywać emocje i przejmować się nimi do szpiku kości.

Ogląda na przykład reklamę o ratowaniu fok z morza Bałtyckiego.

- Mama, ta foka jest smutna, nie ma synka! - i już ma smutną buzię, cały przejęty jest losem biednej samotnej foki. Chwilę później na widok małego foczątka - a ta foka nie ma mamy, jest jej smutno!

W książkach, które uwielbia niczym maniak, jak tylko widzi smutną postać, pokazuje paluszkiem i dopytuje się, dlaczego on/ona płacze? co się stało?

Pełnię uczuć zaobserwowałam podczas bajki o Franklinie, kiedy to rodzice żółwika wyjeżdzają i zostaje on sam z nianią.

- Fanklin jest smutny, pacie (płacze), mama i tata są w pacy (pracy)! - a w chwili gdy rodzice wrócili nastąpił wielki wybuch radości, nie wiem kto bardziej się cieszył, Franklin czy Bruno ;)

Najbardziej wzruszające zaś są relacje Hania-Bruno, kiedy to Bruno ociera płaczącej Hani łezki paluszkiem i przytula się do niej ze słowami, "Hania, nie pać (płacz)!".

Bardzo mnie cieszy ta cecha u dzieci. My dorośli nie potrafimy jej w pełni docenić, ukrywamy ją gdzies pod grubą skórą, udajemy twardszych niż jesteśmy i odwracamy często głowę na nieszczęście i smutek innych, bo tak wygodniej, prościej. Dzieci noszą ja na wierzchu i chociaż czasem jest w związku z tym trudniej, to chwała im za to.

piątek, 01 stycznia 2010

Sypnęło śniegiem wreszcie. Tajfuny zachwycone, wyciągnęliśmy wiec sanki i kombinezony z piwnicy, schowaliśmy kiełkujące poświąteczne lenistwo do kieszeni i od paru dni spędzamy upojne chwile na pobliskiej górce. A tam, w różnych konstelacjach szaleją dzieciaki. Razem, osobno, ale koniecznie z okrzykiem:

" z drogi sledzie, bo Brunio z Hanią jedzie"!

Brunio w tym roku odkrył uroki tego szaleństwa, chociaż najbardziej lubi specjalnie wyskakiwać w śnieg tuż przed hamowaniem. Hania, głodna emocji, zjeżdza ze stromego stoku z boku górki. A ja przezornie wkładam na nogi dodatkową parę skarpetek, bo moja obecność jest potrzebna raczej do podziwiania i wciągania sanek, dzieciaki radzą już sobie świetnie same. Gorzej z drogą na górkę, nasz młody uparciuch często odmawia przedzierania się przez śnieg, jak zwykle ma swoją wizję "na rączki!, na sanki!". Wracają za to z buziami zaróżowionymi od biegania na górkę, pomimo kremu i wspólnie wciągają obiad aż miło.

A ja wpadłam w marazm, trzeba mi chyba działania. Kiedy z drugiego pokoju dolatuje:

- mama, Brunio rysuje po sobie!

odpowiadam machinalnie:

- Brunio, nie rysuj po sobie!

I od razu czuję solidarność z milionami rodziców rodzeństwa na całym świecie. Najtrudniejsze jest chyba to nieustające czuwanie, wieczne bycie na stand bye'u.

Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru