niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
piątek, 30 stycznia 2009
W celu przeciwdziałania marazmowi pseudozimowemu i ku ożywieniu intelektualnemu, krótki spis naszych ostatnich spotkań z kulturą. Polecam wszystkim, naprawdę działa:
  • po pierwsze udało nam się z Maużonem wybrać do teatru, na wejściówki. Uwielbiam teatry, niosą dla mnie coś magicznego, coś twórczego. W przeciwieństwie do kina czuję w nich, że coś jest tworzone na moich oczach, coś tylko dla mnie, coś unikalnego. Aktorzy wkładają swoją duszę, pracę, żeby utkać przede mną nową opowieść, świat, który powinien wciągnąć mnie do siebie. Kiedy siedzę na widowni, mam uczucie, jakbym podglądała żywych ludzi, podsłuchiwała ich historię. I ten cudowny moment, kiedy kurtyna idzie w górę... naprawdę warto wybrać się do teatru, bo każdy znajdzie coś dla siebie. Ja wybrałam dla nas niebywale zabawną farsę "Czego nie widać" , którą polecam gorąco. Inteligentna komedia i rewelacyjna gra aktorska sprawiła, że wyszłam z obolałym brzuchem... ze śmiechu :)
  • nasze dzieciaki również zaliczyły teatr, Hania już drugi raz. Dzięki świetnej inicjatywie lokalnych władz, w naszym ratuszu regularnie goszczą teatry, wystawiające swoje przedstawienia dla dzieci. Wstęp wolny, treść przystępna - dzieci są zachwycone. Dziewczynkom trzem (Hania i siostry, a jakże :) bardzo się podobało, a i Bruniek był zachwycony całym wydarzeniem, nasz mały performer wyjątkowo lubi bowiem, jak coś się dzieje :) Szczególne podziękowania dla Busi, która to zaaranżowała i zorganizowała całe wyjście - ja tylko dołączyłam w trakcie.
  • Molom książkowym polecam książkę "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaleda Hosseini - link po prawej stronie. Naprawdę, niezwykła to lektura, która poruszyła mnie do głębi i długo nie dała o sobie zapomnieć. Zachwycilo mnie zwłaszcza to, że autor z niesamowitym wyczuciem i kobiecą niemal wrażliwością oddał kobiece myśli, przemyślenia i lęki. Książka warta przeczytania, a ja już poluję na "Chłopca z latawcem".
  • Jeśli chodzi o dziecięce lektury, to jak zwykle przewala się ich mnóstwo przez nasz dom. Hania zasypia pod stosem lektur, ale najchętniej ogląda książkę o Nusi "Nusia i bracia Łosie" Piji Lindenbaum, którą dostała na wyjeździe na narty, za dzielność :) Myślę, że Hanię i Nusię łączy pokrewieństwo dusz :)
 
  • Brunio za to namiętnie przynosi mi książeczki z prośbą o poczytanie, są jednak książeczki, które lubi oglądać samodzielnie - to sztywnostronnicowe książki Tony Wolf z okienkami, jak na przykład "Morze" czy "Gospodarstwo". Tak w ogóle to książki Hani, ale obydwoje lubią dokładnie studiować ciekawe szczegóły, piękne rysunki, jak również odkrywać zawartość okienek, polecam więc gorąco.
wtorek, 27 stycznia 2009

Styczeń. Do lata jeszcze tyle czasu. Wyglądam tęsknie przez okno, ale wiem, że ta trawa, te chwilowe ocieplenie, to ułuda. Zima jeszcze nie raz da mi o sobie znać, a zanim będzie mogła pocieszać sie wiosną, miną ze dwa miesiące. Ech, niechby i ta wiosna przyszła.

Czekam niecierpliwie na wiosnę, bo wtedy łatwiej będzie mi wybiegać mojego Tajfuna młodszego. Bruniasty z impetem wszedł w okres buntu dwulatka i jest mistrzem w przeciąganiu struny. Już kiedy myślę, że za chwilę zwariuję, że nie wytrzymam spektakularnych popisów, rzucania się na ziemię, notorycznego łobuzowania przy braku drzemki w ciągu dnia, synek przychodzi do mnie i robi minę albo mówi coś śmiesznego i rozbraja mnie zupełnie. Woła "mama" i przytula się tak, że już nie umiem na niego się gniewać. Parę minut później zabawa w badanie wytrzymałości zaczyna się na nowo.

Czekam na wiosnę, bo nie lubię tej zimowej skorupy, zastoju. Z atrakcji pozostał nam basen oraz spacery przez ubłocone i ciemne okolice domu, ale to drugie nie kusi mnie ani trochę. Najchętniej zaszyłabym się na dzień czy dwa z książką pod kołdrą, a tych dobrych (książek, nie kołder) ostatnio u mnie nie brakuje. Czemu ludzie nie zapadają w sen zimowy to ja nie rozumiem, jaka to by była oszczędność. Może jakbym tak się wyspała przez pół roku, to potem zasuwałabym jak z motorkiem przez pozostałe miesiące?

Widzę poza tym, że wszyscy jakoś wokół mnie oblepieni zmartwieniami, sił im brak i nastroju i humoru, żeby z tym walczyć. Jedni walczą z kryzysem i z jego oznakami w pracy, inni z poważnie zagrożoną ciążą, jeszcze inni ze zwykłą choroba córki, ale wszyscy mają smutne miny. Nawet optymistom ciężej wychodzi uśmiech pt. jakoś to będzie. Może jak spadnie śnieg i zrobi sie ładniej, słoneczniej, coś drgnie w nas? A może trzeba czekać aż tulipany zaczną rządzić na ulicach na dobre?

Zgodnie z prośbami:

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Bruniek odkrył ostatnio nową fascynującą czynność. Jak tylko usłyszy, nawet z drugiego końca domu, że ktoś rozmawia przez telefon, uruchamia wewnętrzny motorek i pędzi, żeby dołączyć się do rozmowy. Zapomnij o dyskretnej rozmowie, gdzieś w kącie kuchni - Brulion natychmiast żąda włączenia się do rozmowy i ustawienia komórki na głośnik. W przeciwnym razie krzyczy i wrzeszczy skutecznie zagłuszając każde słowo rozmówcy.

Kiedy już telefon ustawiony jest w odpowiedniej pozycji, szczęśliwy Bruniek zaczyna swoją konwersację od ustalenia rozmówcy: "Mama? hahaha! Tata? hahaha! Niania? (czyli Hania) - i tu baza danych sie kończy, bowiem Bru odmawia nauczenia się nazw takich jak Busia czy Dziadzia. Wystarczą mu te trzy najważniejsze, a po nich następuje zwykle krótki, męski śmiech. Po rytualnym przywitaniu następuje właściwa konwersacja  - i tu Bruniek mówi do słuchawki długie zdania z piękną intonacją, z pytajnikami i z ozdobnikami, jest tylko jeden problem - nikt nie wie, co one oznaczają. Mało tego, wszyscy, jak jeden mąż, a może i żona, byli pewni, że mówi to Hania - tak realistycznie to brzmi. Stąd też padały odpowiedzi "Haniu, powtórz, bo nie usłyszałam!". Na to Bruniek reagował kolejnym potokiem a nawet wodospadem słów. Teraz, kiedy ktoś dzwoni, od razu musze informować rozmówcę, że rozmowa jest kontrolowana a sprawcą owych wypowiedzi, jest nie kto inny, jak Brumi.

Najśmieszniej jednak wygląda, kiedy to właśnie Hania rozmawia z Bruniem przez telefon.

B:- Niania!! Ha ha ha!

H:- Tak Brunio, to ja Twoja Hania. Co tam robisz?

B- egepegekuliturapa kamagurada.

H- tak? naprawdę?

B- egeszegebregeturiruri!!!!

H: - oj Brunio, no co Ty mówisz?

B: mlumlimburu?

H: Brunio, och Ty mój głuptasku, ja nie rozmumiem co Ty mówisz! to pa pa! Brunio!

B: Pa paaa!!! 

sobota, 24 stycznia 2009
Nie mogę przestać myśleć o małej Amelce, rówieśniczce Bruna, małej radosnej dziewczynce. Po paru dniach nagłego pogorszenia stanu zdrowia, walki z lekarzami, niechęcią do postawienia diagnozy, nagle okazało się, że to ostra białaczka limfoblastyczna. Amelka walczy teraz o życie, a ja  mocno trzymam za nią kciuki i myślę o niej i modlę się. Nic nie wydaje mi się ważniejsze, wiec jeśli ktoś ma chęci, wolne kciuki i myśli, niech wspiera ze mną Amelkę. Już wkrótce założona bedzie fundacja, przez którą będzie można wspierać Amela.

czwartek, 22 stycznia 2009

Moja córka dała mi właśnie świetną lekcję macierzyństwa i życia w ogóle. I cieszę się z tego bardzo.

Hania zawsze była raczej spokojną, refleksyjną dziewczynką. Nie za bardzo ciągnęło ją do sportów, podczas wizyt na basenie bała sie wody i kurczowo trzymała moich objęć. Uznałam, że ten typ tak ma i odpuściłam temat.

Pierwsze zdziwienie przyszło na poczatku stycznia. Wzięliśmy dzieciaki na lekcje pływania na basenie. Podczas pierwszej lekcji Hania trzymała się mocno moich rąk, pływając w rękawkach. Wszelkie próby puszczenia jej kończyły się straszem i płaczem. W tym samym czasie Bruniek pływał sobie obok zupełnie sam, też z rękawkami, w zasadzie unosił się na wodzie niczym boja (nie chciało mu się machać nogami, Leniuchowi). Na drugich zajeciach zamieniliśmy sie dziećmi z M. i Hania w silnych objęciach Taty i z pomocą sympatycznego instruktora uwierzyła w siebie! Zaczęła pływać sama, nawet na plecach.

Jednak największa niespodziankę Hania zgotowała nam parę dni temu. Dzieki szwagrowi i siostrze, wyrwaliśmy się na parę dni na narty. Postanowiliśmy postawić Hanię na nartki a może i narty. Nie robiłam sobie wielkich nadziei i tu czekał mnie szok - Hania od razu chwyciła temat! Dosłownie od pierwszej chwili pokochała narty! W związku z tym wypożyczyliśmy jej prawdziwe buty z nartami i umówiliśmy na pół godziny z sympatyczną instruktorką, P. Halinką. Hania była zachwycona i dzielnie robiła nartkami "duże A". Już przy drugim zjeździe w dół dostała specjalną uprząż i w niej zjechała na sam dół. Nasza rodzicielska duma była już wtedy większa niż otaczające nas góry, ale najlepsze przyszło wieczorem. Hania chciała znowu pójść na narty i to na dużą górę, z trudniejszym stokiem i z cudownym wyciągiem kanapowym. Maużon stwierdził, że da radę i pojechaliśmy. Wszędzie ciemno, mgła i lekki mróz, a Hania z M. zasuwają w dół zbocza. Rumiana i uśmiechnieta Hania, chociaż to domowa pora snu woła, że jeszcze chce jechać i zmyka na nartach. Cudowny widok. Sam taki zjazd wymagał dużej siły i precyzji od M. który musiał jechać tuż obok (za) Hanią i ją asekurować i kierować, sam nie mógł się przewrócić, pomimo lodu i nierównego miejscami śniegu. Zaimponował mi wtedy bardzo swoją cierpliwością, spokojem i determinacją, pomyślałam, że jest naprawdę dobrym Tatą i że ja też takiego bym chciała :) 

W następnym dniach Hania chętnie chodziła na narty, nawet po najbardziej męczącym dniu. Na nieszczęście, na szczycie góry dopadła ją nagle choroba, mimo tego dała dzielnie radę zjechać, znajdującym w tym jeszcze mnóstwo radości (Mamusiu, wyrzygałam i już mi lepiej, możemy jechać!).

Hania nauczyła mnie, żeby nigdy nikogo nie wkładać w szufladkę. Nawet własne dziecko może Cię zaskoczyć któregoś dnia i pokazać, że stać go na znacznie więcej, niż się myśli. I postanowiłam opiekę sportową nad Hanią przekazać w większej mierze Maużonowi, ja chyba nałożyłabym nad nią zbyt wielki parasol ochronny, znając moją i jej wrażliwość. Spokojny i silny Tata za to pozwala na pokonywanie własnych lęków i zdobywanie nowych obszarów.

Mojej dumy z osiągnięć Hani, nie jestem w stanie chociażby w części opisać. Pomyślałam sobie, że jest to jedno z tych odczuć, uczuć, których nie zrozumiałabym, dopóki nie stałam się mamą. Aż do wczoraj uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja sama unosiłam się gdzieś w chmurach, Hania zaś musiała wysłuchiwać milion razy dziennie, jacy to jesteśmy z niej dumni i jaką jest dzielną narciarką. W przyszłym roku, jak sie uda, kupimy jej narty i wyruszymy po raz kolejny zdobywać stok, tym razem na dłużej!

Niestety, teraz chorótek leży zmożony wirusem rota. Nie ma sił, spi i wymiotuje. Oby szybko wróciła do zdrowia!

piątek, 16 stycznia 2009
Hania: Mamusiu, ja chcę dla Ciebie zrobić miłość!
Ja: Taak?
H: Tak, chcę zrobić miłość, czyli coś miłego, narysuję dla Ciebie rysunek!

Pogoda jakoś odbiera mi kreatywność, zapiszę wiec sobie ku pamięci jeden obrazek, który szczególnie mnie ujął, z dnia wczorajszego. Z góry uprzedzam, ze będzie na słodko :)

Wanna pełna wody i zabawek a w niej Hania, trzymająca szczotkę do zębów i całująca ochoczo stopę Brunia (chyba podpatrzyła to u mnie, bo uwielbiam całować stópki Brunia po kąpieli) i Brunio podstawiający szybko, wysoko drugą nogę do całowania :) To się nazywa cud, miód i orzeszki :)

A na deser mój aniołek - korale założył własnoręcznie, zaobserował, że Hania bardzo lubi je nosić, wiec i on spróbował. Skrzydełka założyliśmy mu my. Prawda, że jest bardzo malowniczy? (tu jeszcze przed obcięciem grzywki):

A tu Królik (Mamusiu, ale ja przecież nie jestem żaden Królik, tylko Hania!)

czwartek, 15 stycznia 2009

Po małych nasileniach "zniszczeń" Tajfuna starszego (bunt czterolatki) znowu spokój zawitał w nasze skromne progi. Męczona wyrzutami sumienia Hania stara się być jak najlepsza, najgrzeczniejsza i najkochańsza. I dobrze nam z tym, bo bardzo lubię te nasze spokojne rozmowy na temat życia, chociaż czasem nie wiem jak odpowiedzieć na niektóre pytania (Mamusiu, a co to jest planeta? A co to jest ciśnienie?).

Najbardziej zaś lubię nasze spokojne wieczory. Hania, czym cieszy mnie wciąż niezmiernie, odziedziczyła po mnie wielką miłość do książek. Zatem po spełnieniu wszelkich wieczornych rytuałów, kolacjach, myciach i kremach, po położeniu Brunia spać, ładujemy się obie do jej łóżeczka, szykujemy sobie wygodne poduchy i czytamy, czytamy, czytamy. Na ogół już w dziesiątej minucie pojawia sie moje pierwsze ziewnięcie, potem kolejne, ale staram się trzymać twardo - Hania słucha pilnie i nie ma mowy o wcześniejszym końcu czytania. W trakcie pojawia sie zawsze pełno uwag i pytań, tak wiec czytanie trwa przynajmniej pół godziny. Na koniec jeszcze rytuał dwóch lub trzech przytuleń, wyznań miłości, zaklęcie na dobranoc, zapewnienie, że jak każdego wieczoru i teraz też Tata przyjdzie dać buziaka - i Hania teoretycznie gotowa jest do snu. Tylko teoretycznie, bo kiedy przychodzę godzinę później, Hania śpi na piramidzie z poduszek, a jej kołdra, jej ręka zasłana jest rozmaitymi książkami, które Hania oglądała jeszcze przed zaśnięciem. Zawsze są to przynajmniej trzy książki, ale bywa i więcej (wszystkie książki o ukochanym Findusie na przykład), czasem trzyma je jeszcze w ręku, widać sen dopadł ją wbrew jej woli. Wygląda wtedy tak słodko, jak to tylko śpiące dzieci potrafią :) 

wtorek, 13 stycznia 2009

Tu i ówdzie pojawia się określenie moich dzieciaków "Tajfuny". Nazwa ta narodziła sie sama z siebie, ale idealnie określa połączone siły bliźniaków z dużą różnicą wieku.

Niczym w kreskówce, spokojna i ułożona Hania wraz z pogodnym Bruńkiem, podczas wszelkich wyjść zamienia się w jeden wir niedoopanowania, zwany Tajfunem, napędzamy kreatywnością Starszej, nieświadomością zakazów Młodszego oraz ich niespożytą ciekawością i energii. We dwoje jest raźniej, odpowiedzialność jest zbiorowa, tak wiec po wejściu do sklepu pada niewypowiedziane hasło "Mocy przybywaj" i Tajfuny wkraczają do akcji. Z chciwością we spojrzeniu wyszukują najciekawszych rzeczy, po czym w tempie kosmicznym pędzą by to zdobyć, dotknąć, pomacać, bez względu co to jest. A w sklepach jest na ogół tyle rzeczy do zrobienia! Można rozpłaszczyć się na szybie z napisem "nie dotykać!", wleźć na półkę, bawić się w chowanego między regałami, oglądać wszystko co jest na regałach  - po prostu bajka. Wczoraj, podczas wizyty w sklepie sportowym nagle rozległ sie krzyk kobiecy niczym z filmów Hitchcoka - okazało się, że Bruniowi pomyliły się przebieralnie i wlazł do jakieś nieświadomej istnienia Tajfunów kobiety. A może zrobił to specjalnie?

Tak wiec wizyty w sklepie musza odbywać się teraz w towarzystwie dwóch osób dorosłych - jedna pełni rolę ochroniarza (ochrania sklep przed Tajfunami, nigdy odwrotnie), biega za dzieciakami, zalewając się potem, druga zaś stara sie szybko zrobić zakupy. Na szczęście Bruniek wie, jak pozostawić po sobie dobre wrażenie - kiedy wychodzimy ze sklepu, uśmiecha się promiennie do sprzedawczyń, woła słodkie pa!pa! poczym zasypuje je gradem całusów. Rozbraja je tym całkowicie.  

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru