niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 30 stycznia 2008

Dzisiaj nie napiszę nic wesołego i optymistycznego. Nawet moja zbroja wobec rzeczywistości ma swoją odporność i chyba właśnie przekroczyła próg krytyczny. Ilość koszmarnych zdarzeń, jaka dzieje się ostatnimi czasy  otaczającym mnie ludziom, urosła do monstrualnych rozmiarów. Dzieci, które umierają na progu życia albo po długiej walce - Oliwier i mała Hanutka i ich dzielni rodzice. Dziewczyna w moim wieku, mama dziecka w wieku Bruna, która dowiaduje się nagle że ma jakąś cholerną odmianę raka, na dniach czeka ją operacja masektomii a może walka o życie. Bliska mi koleżanka, która przeszła już wiele ze swoim pierwszym synkiem, wcześniakiem, teraz drugi synek, niespełna dwumiesięczny, nagle przestał oddychać. Odsyłana od szpitala do szpitala po całej stolicy, wylądowała w podwarszawskim szpitalu. Ledwo przytomna ze zmęczenia (nieprzespana noc etc.) Jest szczęśliwa, że dziecko jest w dobrych rękach a potrafi prosić i modlić się o jedno: o zdrowie dzieci. Druga przyjaciółka forumowa, kobieta-anioł, od wielu miesięcy walczy z boreliozą, która pozbawiła ją na długi czas jej pogody ducha, zdrowia i sił a wciąż jeszcze walka trwa. W tym samym czasie natrafiam na prośbę o wsparcie dla małego Joachimka, wesołego rocznego chłopczyka, u którego nagle zdiagnozowano złośliwy nowotwór oczu. Trwa walka o zachowanie chociaż śladowego widzenia w jednym oku. W gazecie czytam o dzieciach, które pracują ponad swoje siły. A to nie wszystkie przykłady.

Boże, dlaczego aż tyle złego sie dzieje. Nie wiem czy mam bardziej ochotę ryczeć czy krzyczeć. Wiem jedno, nie umiem udawać, że to się nie dzieje. Nie umiem włożyć maski i zapomnieć o tym wszystkim. Wiem, że taka jest rzeczywistość, ale nie umiem przejść z tym do porządku dziennego. Jeszcze nie w tej chwili.

wtorek, 29 stycznia 2008

Jeszcze jedna ulica, jeszcze róg, płot, ufff...wpadam pędem do przedszkola, udało się, zdążyłam przed zamknięciem. Hania czeka na mnie i stęskniona wpada w moje ramiona, miejsce stworzone specjalnie dla niej.

Już po chwili dziarsko maszerujemy nadrabiając zaległości we wspólnych rozmowach.

Hania: - Mamusiu, Ty dzisiaj po mnie późno przyszłaś.

Ja: Tak, Haniu, miałam dużo pracy i pociąg mi uciekł, musiałam długo czekać na następny.

H: Mamusiu, Ty przyszłaś na dworzec, patrzysz a tu nie ma pociąga! Nie ma jednego pociąga, nie ma drugiego pociąga, nie ma trzeciego pociąga. I musiałaś długo czekać na pociąg, dziewięć minut!

H: Mamusiu, Ty musisz pamiętać! Jak nie będzie pociągu to Ty zawołaj głośno: Pociąąąąguuuu! Pociąąąąąguuuuu!

Ja: A jak on mnie nie usłyszy?

Hania tonem oczywistym: To trudno!

***

H: - A tu Mamusiu zobacz, jaka choinka zrobiona z lampek. Bardzo śliczna, prawda?

Potem jest wspólne śpiewanie piosenek i wspominki różnych ciekawych wydarzeń.

Lubię te nasze powroty, nasze rozmowy, spostrzeżenia trzylatka, które potrafią zaskoczyć swoją celnością.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Po całej serii zwodów, fałszywych alarmów i zapewnień, zdań wykrzykiwanych "teraz to na pewno to!", po kopie krzyków i tubce calgelu, wreszcie mogę powiedzieć, chociaż jeszcze nie całkiem głośno, że chyba przebił się prawie pierwszy ząbek. Nie widać jeszcze białej krechy, ale wyraźnie czuję pod palcem ostre kanty zębiska.

Oczywiście ząbek nie przybywa sam, towarzyszy mu cała świta odpowiednia do rangi zdarzenia. Począwszy od gluta do pasa a skończywszy na nagłych, wysokich gorączkach i nocnym niespaniu. I nie wiem co dało nam bardziej w kość: nocne zgadywanki, kiedy to wyczerpane zostały wszystkie możliwe metody pomocy (jedzenie, noszenie, smarowanie, lekarstwa, tulenie i całowanie) dzieć ryczał w niebogłosy czy też nagłe skoki gorączki, które u rodzicielki powodowały skoki zamartwiania się.

W końcu w sobotni wieczór widać było już przecięcie na biednym dziąśle. Brumiś z wrażenia pakował do buzi wszystko co tylko wpadło mu w łapy, mówiąc: swędzi! swędzi! Najważniejsze jednak, że odzyskał już spokojny sen i dobry humor. Pierwsze koty za płoty!

czwartek, 24 stycznia 2008

Czasem przeraża mnie nieuchronność czasu. To, że ciągle przyspiesza, że jest nieuchwytny niczym woda - nabieram jej pełne garście a za chwile pozostają mi tylko mokre dłonie, pełne wspomnień. Poniedziałek, czwartek, piątek, niedziela kręcą sie w zawrotnym tempie, niczym w kalejdoskopie zmieniają się pory roku.

I nie chodzi mi tutaj o starzenie się. Nigdy nie czułam sie specjalnie ładna, wiec dodatkowe zmarszczki nic nie zmienią, nie martwią mnie. Mam wrażenie, że ten mój rdzeń złożony z charakteru, osobowości, stylu bycia jest niezmienny a przynajmniej niezależny od czasu.

Chodzi mi o dzieci. Jeszcze nie dawno Hania była niemowlakiem, dzisiaj te czasy wydają sie być odległe o lata świetlne. Kiedy wiec przytulam Brunia czuję wielki głód i tęsknotę, która kiedyś nadejdzie. Nie mogę nacieszyś się tym, że jest taki mały, że tak ufnie wtula się we mnie, że łapie mnie swoją silną łapką, że patrzy na mnie jak na prywatny cud świata. Kiedy biorę go w nocy na karmienie do łóżka aż nie chcę go odkładać. Całuję i głaszczę małą główkę i myślę o tym, że już niedługo mój mały chłopczyk nie bedzie potrzebował tylu pieszczot. Upajam się wiec na zapas jego niemowlęcym, unikalnym zapachem, bliskością i ciepłem, bezbronnością i miłością.

Z Hanią wygląda to inaczej, ale jesteśmy sobie równie bliskie. Cieszy mnie, że jestem tak ważna w jej życiu, że opowiada mi o wszystkich ważnych czy też zmyślonym zdarzeniach. Cieszę się, że wdrapuje mi się na kolana, zarzuca mi ręce na szyję i szepcze:"kocham Cię Mamusiu". Cieszę, że wspólne czytanie książki jest dla niej cenniejsze od najciekawszej bajki w telewizji. I to, że nasza każda wspólna wyprawa tak łatwo zmienia sie wielką przygodę. Że jesteśmy dla siebie tak ważne.

Chcę wierzyć, że będzie tak zawsze, ale wiem że to nieprawda. Dlatego tak bardzo zachłanna jestem na te bieżące chwile. A kiedy zostawiam dzieci i jadę do pracy tak mi żal tego czasu, który moglibyśmy spędzić razem... 

środa, 23 stycznia 2008

Ilekroć patrzę na zawalone dziecięce sklepy, podziwiam zawsze geniusz marketingowy twórców zabawek. Otóż zabawki te są tak stworzone, żeby przede wszystkim spodobały się rodzicom tudzież innym dorosłym kupującym. Widzieliście kiedyś, żeby dziecko wyciągało po nie rękę? Co innego rzeczy na półkach w spozywczaku ;) I tak to maciupkie mieszkanka i wielkie domy młodych rodziców zarastają tonami niepotrzebnych zabawek, kupowanych z próżną nadzieją: może to mu sie spodoba? Może to ją zajmie chociaż na parę minut i da mi chwilę wytchnienia?

Ulubiona zabawka Brunia to kapeć Taty. Najpierw Brumidor przyturliwuje się zręcznie do siedziącego na kanapie Rodzica. Chwila nieuwagi i...skórzany obiekt pożądania jest już w rękach chłopczyka. Można sie nim bawić, można przeżuwać, ale najlepiej oddalić się wcześniej na bezpieczną odległość (tj. na drugi koniec pokoju). Turlający się po podłodze Brumiś trzymający kurczowo kapcia (1 Brumiś=2,5 długości kapcia) to naprawdę boski widok. Kiedy w końcu dotrze w upragnione miejsce, zatrzymany szafą bądź ścianą, Brumiś nabiera ochoty na dalsza adrenalinę. "A gdyby tak sprzątnąć Ojcu drugiego Kapcia? Uda się czy nie uda? " po następnych 10 min przeszczęśliwy Bruno jest właścicielem dwóch kapci, z którego jeden, w dowód radości, jest namiętnie wkładany do buzi.

Kolejna namietność Brunia to gazety. Jaka pyszna jest gazeta Lerułamerlę :) Jak wspaniale szeleści zgniatana gazeta a im świeższa tym lepiej!

I ja się pytam, po co te fiszerprajsy, cziko, tinylowy, skoro domowy zestaw gadżetów jest najciekawszy?

wtorek, 22 stycznia 2008

Cieszę się, że moje dzieci posiadają Babciów i Dziadków (Babcie i Dziadzie). I to nie tylko dlatego, że oznacza to, że mamy z M. fajnych rodziców. Oznacza to, że moje dzieci doświadczą tej niesamowitej relacji z dziadkami.

W dzisiejszej rzeczywistości babcia to nie sędziwa babunia, z siwym koczkiem na głowie, robiąca swetry na drutach i sunąca bezszelestnie po domu w ciepłych bamboszkach. Wbrew wierszykom na akademiach, Babcia na ogół jest zabiegana. Umie wysyłać smsy i robi wnukom zdjecia komórką. Coraz częściej ciasto kupuje w ulubionej cukierni a sweter wełniany kupuje podczas wycieczki do zakopanego.

Dziadek zaś to nie sędziwy Dziadzio, do którego trzeba mówić głośno, bo jest głuchy i nie pachnie już lawendą, tylko najnowszym dezodorantem dla seksownych mężczyzn (kupionym zapewne przez dzieci na święta). Dziadek nie nosi cukierków w pudełku, bo sam by je wyjadł. Dziadek nie podpiera się na lasce, za to chodzi na wielokilometrowe spacery a w wolnych chwilach dopieszcza swoje auto.

Moje dzieciaki (jedno świadomie, drugie jeszcze nie) odkrywają ten świat na własną rękę. Świat, w którym są kochane, bezpieczne, ale jego zasady i relacje są zupełnie niż z rodzicami. Dowiadują się, że nie tylko Rodzice je kochają i lubią spędzać z nimi czas. Zakładają też bezwiednie (ale jak sądzę słusznie), że obydwie strony w tej bajce czerpią przyjemność z bycia razem i odkrywania nowych ścieżek.

Niech żyją Babcie i Dziadkowie!

poniedziałek, 21 stycznia 2008
Istnieją dwa sposoby szybkiego zrobienia kariery: dorzucić w odpowiednim momencie błyskotliwy komentarz lub powstrzymać się w odpowiednim momencie od błyskotliwego komentarza.

Kiedy przychodzi weekend, staję przed wyborem, jak go spędzić: czy wreszcie zająć się domem, posprzątać, posegregować dziecięce ubranka (Bru wyrasta z nich jak na komendę a Hania nie zostaje w tyle), zrobić milion zaległych domowych spraw (każda mama-gospodyni wie, ze takich nigdy dość). Mogę też nadrobić zaległości z byciem z dzieciakami, z rodziną, mogę urozmaicić sobie i im tę styczniową codzienność. Wybór jest prosty.

W sobotę wiec cała rodzinna zmieniła się w foki i spławialiśmy się na pobliskim basenie. Przy okazji obserwowałam masę różnic miedzy Bru a Hanią. Podczas gdy on bez lęku rzucał sie w toń, machał, chlapał, bąbelkował, ona ostrożnie kąpała sie w brodziku wielkości kałuży. Zjeżdzała ze zjeżdzalni za rączkę a na bąbelkach przestraszyła się nieco. Cóż, średnia została zachowana :) Ja za to, korzystając z obecności M. wreszcie sobie trochę popływałam! Poprzednie trzy razy zaś niestety mogłam sobie tylko kuper wymoczyć w chlorowanej wodzie, jako, że dzierżyłam na rękach Małego Pływaka.

Zdobyłam też Medal Z Ziemniaka i Selera za samodzielnie zajecie się w szatni dwójką dzieci: zmarzniętą trzylatką (mamusiu, ubierz mnie proszę!Mamusiu, jestem głodna!) i żywym niemowlakiem, który metodą śrubokrętu postanowił wydostać się z fotelika samochodowego w stroju adama. Zapewne właściciel basenu to mężczyzna i nie pomyślał o stworzeniu przebieralni rodzinnej lub chociaż umieszczeniu przewijaka w przebieralni męskiej. I tak to zwijałam sie jak w ukropie z wodą kapiącą z włosów i zimnym kostiumie, chcac jak najszybciej ubrać dzieciaki.

Byliśmy też na gorącej czekoladzie w Grycanie, w której to Bru śpiewał do rurek z bitą śmietaną (kotleta nie było ;) Jego donośne trrrrrrr/da-dada-da-aaaaaaa wypełniało przytulną kafejkę i świetnie komponowało się ze słodkościami.  

Jakby tego było mało w niedzielę poszlismy na baardzo długi spacer, zaliczyliśmy odległy plac zabaw a wieczorem bawiliśmy się na rodzinnej imprezie.

Czuję sie spełniona weekendowo i rodzinnie. Tylko kiedy dzisiaj rano leżałam z Bru w łóżku na porannej dawce czułości i łaskotek, tak bardzo nie chciało mi się wstawać a w oczach Bru przeczytałam: Mama, nie idź dzisiaj do pracy...a może mi sie zdawało?

czwartek, 17 stycznia 2008

Tak to dobiliśmy do siedmiu miesięcy, kiedy to, jak piszą w poradnikach, niemowlak nie przypomina już w niczym bezradnego noworodka. Rzeczywiście, Bruno to już kawał chłopa, który:

- odkrył, że obrót z brzucha na plecy nie jest taki trudny. Dzięki temu natychmiast rozpoczął eksplorację otaczającego go przestrzeni, zdobywając mistrzostwo świata w turlaniu się dugodystansowym i przestrzennym. Położony na matgeracu na końcu salonu od razu zaczyna swoją zwinną wędrówkę, odwiedza po drodze wszelkie przeszkody terenowe - bada stół od spodu, owija się wokół nogi stołowej, odpycha od twardszych przedmiotów, po to by osiągnąć upragniony kierunek.

- próbuje się już podnosić na rączkach i czasami pełza w tył

- ostatnio zaliczył skok wzrostowy, czego wynikiem jest spakowane pełne pudło za małych ubranek, za mały kombinezon etc. Zrobił sie duży i jeszcze bardziej chłopakowaty :)

- Uwielbia, gdy ktoś do niego zagaduje, gdy się z nim bawi. Śmieje się wtedy w głos, chichocze, uśmiecha. Na widok Taty macha szybko nogami, w wodzie chlapie sie jak szalony, nie straszne mu piany w oczach czy woda zalewająca buzię.

- dzielnie przeżył rozstanie z Mamą, chociaż po moim powrocie najpierw cieszy sie a potem płacze rozpaczliwie, wypłakując wszelkie żale. Jednak w ciągu dnia jest spokojny. Codzienne rano spędzamy dłuższą chwilę razem - kładziemy w łóżku, bawimy, przytulamy, fruwamy i wtedy mam ochotę schować się tam i nie wychodzić do końca dnia ;)

- zjada kaszkę, po południu obiadek a potem to już czeka na mamę. Wieczorem, nocą i nad ranem nadrabia wszelkie zaległości w jedzeniu i piciu. Nie chce pić z czego innego niż pierś - uparciuch!

- W dzień śpi dwa razy, raz koło 2h, potem jeszcze ok 1,5h, na noc zasypia samodzielnie koło 20, pobudka o 1 i 4 a budzi się koło 6, najpóźniej przed 7.

- chustujemy - o czym będzie osobna notka za parę dni!

Buziaki, Syneczku Kochany!

Uśmiecha się na spacerze do Mamy (Tata robi zdjecie)

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru