niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
środa, 31 stycznia 2007

Bywają takie dni, kiedy nawet mały problem, dołożony do tego co już jest, wydaje się być niedoudźwignięcia.

Bywają takie dni, kiedy nie mam ochoty myśleć, że będzie dobrze, że dam radę jak zawsze, widzę tylko, że chwilowo jest źle.

Bywają takie dni, kiedy nawet takiej optymistce jak ja, ciemnieją szkiełka w okularach.

Bywają takie dni, kiedy wychodzi na jaw, że zagryzanie zębów i radzenie sobie samemu z problemami nie zawsze popłaca, kiedy wychodzi na jaw, że może właśnie nad niczym nie panuję, bo nie da się panować nad tym co się dzieje.

Bywają takie dni, kiedy nawet największe twardzielki muszą się wypłakać.

Dobrze, że sen przynosi wtedy ukojenie.

poniedziałek, 29 stycznia 2007

Drugą sprawą o któtej chce napisac, skoro już piszę dzisiaj tak wylewnie o Hani, jest jej skłonność do czułości.

Wyznania miłości sa na porzadku dziennym - co pół godziny pojawia się przy mnie słodka dziewczynka, która przytula się i szepcze mi do ucha" Hania kocha mamę". Czasem nawet wystarczy przytulenie mocno do serca, byleby było w tym uczucie i miłość -zresztą jestem tego zawsze tak spragniona, że zawsze chętnie spełniam takie potrzeby.

Inna sprawa, że mały przytulak wie już chyba, jak bardzo takie wyznania miłość wyznania rozmiękczają rodziców. Kiedy Tatamama czyli rodzice pojawią się wreszcie wieczorem, trzeba ich wykorzytać w pełni a dziecko ma swoje sposoby. Niech no tylko starzy usiądą sobie nad talerzami, zasłaniając się tym, że jedza kolację, że są głodni - dziecko od razu przystępuje do akcji - przychodzi, przytula się, zagląda w oczy i wyznaje mocną i szczerą miłość (coś a'la ja Cię kocham a Ty jesz???). Kiedy to nie skutkuje (wygląda na to, że rzeczywiście rodzice sa głodni), zawsze można wejść na kanapę, na której siedzą, przylgnąć i przytulić się do pleców, zajrzeć przez ramię, złozyć wilgotnego całusa na policzku i westchnąć "Haniusia kocha mamusię". Nie ma siły, widelec sam wypada Mamusi z rąk a stęsknione ramiona otwierają się samoistnie.

Nawet wieczorne dobranoc jest teraz osłodzone cukrem: kiedy po kąpieli Hania żegna się z nami woła na jednym tchu: " Dobranoc-Hania-kocha-Mamę!". Oczywiście, sam odzew nie wystarcza: trzeba jeszcze pójśc do Hani i wraz z nią, po złożeniu odpowiedniej ilosci wyznań i całusów, zaintonowac pieśń pt. "Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa..." bądz też "W górze tyle gwiazd". Wystarczy zaśpiewać raz a nawet nadać poczatek, a muzykalne dziecko podchwytuje piosenkę i w celu oszczędzenia mamusi stania przy łóżeczku, śpiewa sobie samo.

Hani miłość do świata objawia również w zdrobnieniach. Tak wiec obok mamy jest też mamusia i mamulka a nawet Mamulinka (analogicznie u Taty, dochodzi jeszcze Tatusiek). Hania to na ogół Hanusia, Haniula, Hanusieńka - forma Hanka jakoś nie przyjmuje się. Idąc dalej można zdrobnić inne nazwy - rodzice mają pokój, a Hania ma pokójek. W łazience stoi wanka. O kotku można śpiewać, że to kociczek. Może taki oswojony świat jest bardziej przyjazdny?

PS. Pisze to mama Haniołkowa, która unika jak może zdrobnień: pieniążki powodują u niej wysypkę, na dworze wieje wiatr a nie wietrzyk, zaś dziecko ma w brzuchu, a nie w brzuszatku. Zdrobnienia wiec to wytwór czysto haniołkowy.

Ostatnio zwróciłam uwagę, jaka to się z naszej Hani zrobiła gaduła. Odkąd tylko obudzi się, gada coś nieustająco. A jeszcze tak niedawno, bo na poczatku września, martwiłam się, że tak mało mówi, a teraz to poszło lawinowo - nawet nie wiadomo kiedy od słów przeszła na całe zdania a teraz te zdania potrafi pięknie wiązać w opowieści. Wystarczy jej obrazek na opakowaniu jogurtu greckiego (domy i kościoły na Santorini w zachodzącym słońcu), by opowiedzieć historię o tym jak Tata z Mamą byli z Hanią w kościóle i słoneczko zachodziło. Podziwiam niesamowicie tę jej raczkującą zdolność do abstrakcji.

Poza tym na bieżąco opowiada nam co się dzieje, co widzi, co może się dziać, opowiada też opowieści z przeszłości, o tym jak latem była nad morzem i dotykała żółwa, jak mocno musiało to jej zapaść w pamięc, skoro jeszcze teraz w dowolnej chwili rozkłada przede mną cały wachlarz opowieści.

Widzę tez w niej głód, apetyt na nowe słowa. Chłonie je jak gąbka, wpatruje się we mnie mocno skoncetrowana i aż wydaje mi się że słyszę, jak trybiki w jej głowie zapisują w pamięci, nowe, smaczne słowo. Telewizor może nie istnieć, książki jak zwykle górą, ale takie z jakąś ciekawą historią np. taka:

Ile frajdy dała jej opowieść, o byku, który się tak zdenerwował, że aż oczy zrobiły mu się czerwone - jak każde dziecko nie dziwi się, że oko może zmienić kolor, uznaje to jedynie jako kolejny, fascynujący przejaw życia, na tyle ciekawy, że przy każdym otwarciu książeczki warto zajrzeć do byka i zobaczyć czy nadal ma czerwone oko.

Jej zamiłowanie do słów objawia się również w przetwarzaniu słów. Hania zamyka oki (l.mn.od oko), jak snieg pada, a czasem i zamyka oczo (l.poj.od oko). Słowa wypowiadane przez nią ulegają nieustajacym przemianom. Wczorajszy odkrzurzak to już dzisiaj pełnoprawny odkurzacz. Kiedy się zapomni, gdzie miało róg zwierzątko, można strzelić, że nazywa się ono "okorożec" , w końcu od nosa do oka niedaleko i pomyłka mała.

Tych opowieści i słownictwa jest tyle, że cięzko jest mi spamiętać. Tymbardziej dlatego piszę te słowa, by za jakiś czas przywołać chociaż cień tych pierwszych wrażeń związanych z obficie gadającym dzieckiem.

http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/458588
środa, 24 stycznia 2007

Zmarł jeden z moich Wielkich - Ryszard Kapuściński.

Cyt. "Życzę Ci, żebyś zawsze się dziwił. W dniu, w którym przestaniesz się dziwić - przestaniesz myśleć, a przede wszystkim - czuć".

Wielka, wielka strata. Będziemy pamiętać. Wierzę, ze i moje dzieci będą odkrywać wielką mądrość i wrażliwość jego książek.

wtorek, 23 stycznia 2007

Hania śpiewa i pokazuje:

- Sroczka kaszkę warzyła, temu dała na widelec, temu dala na dlugi widelec a ten (pokazując na kciuk) był niegrzeczny, był bachorem, nie chciał jeść obiadku, nie chciał się kąpać, nie słuchał mamusi i sroczka nic mu nie dała tylko frrr poleciała...

Czytam Hani bajkę o czerwownym kapturku. Wilk spotkał czerwonego kapturka w lesie a potem pobiegł do chatki Babci i...włamał się do jej lodówki i zjadł wszystko co w niej było i mleczko i kaszkę i obiadek i deserki, a to zły wilk!

PS. Do matek dzieci - czytacie dzieciom bajki w oryginalnej treści? Chodzi mi oczywiście bajki z elementami przemocy typu czerwony kapturek, jaś i małgosia, czyli takie od których aż uginają się sklepowe półki etc. Od jakiego wieku? Ja takich nie kupuję, ale to nie oznacza, że Hania ich nie ma.

niedziela, 21 stycznia 2007

Dostałam po pracy niespodziewanie kwiaty od M. - moje ulubione tulipany. Po wejściu do domu od razu pokazuję kwiatki Hani i mówię: "Zobacz Haniu jakie kwiatki Tata mi kupił- widzisz, Tata kupił kwiatki Mamie". Hania zachwycona chwyta delikatnie bukiecik i zanurza nosek w pączki, żeby sprawdzić czy pachną. Widać , że jej się bardzo podobają. Chwilę później do domu wchodzi M. - Tatuś. Hania na jego widok:

- Tata kupił Hanusi kwiatki. Ale śliczne kwiatki! Tatusiu, dziękuję Ci! - wyciąga rączki i przytula się.

I jak tu powiedzieć, że to nie dla niej? :)

Powiedziałam M., że spokojnie może mówić Hani, że to kwiatki dla niej, ja wiem swoje, ona swoje i wszyscy są zadowoleni :)

piątek, 19 stycznia 2007

Odkąd jestem posiadaczką własnego domku, weszłam w stały związek z koleją. Nie mogę powiedzieć, żeby to była miłość czy przyjaźń - bardziej jak układ z kolegami z pracy - jesteśmy na siebie skazani, a jak się uda się polubić to dobrze.

Moim ulubionym dworcem jest zdecydowanie Warszawa Zachodnia - to stacja, która powinna zostać uwieczniona w jakimś epokowym dziele typu "Miś" czy "Ryś". Uważny obserwator a raczej słuchacz nieomal codziennie jest w stanie wyłowić "perełki". Szczególnie dwie z nich utkwiły mi w pamięci, pierwsza miała miejsce jesienią, druga trzy dni temu. Są to komunikaty, jakie usłyszałam z dworcowych megafonów.

1. Środa, godz. 18:20 "Szanowni Podróżni! Uprzejmie informujemy, iż pociąg osobowy do Łowicza, który ma planowy odjazd o godzinie 18:25 od dnia dzisiejszego ulega zmianie na godz.17:45. Za utrudnienia przepraszamy" (jeśli o tym nie wiedziałeś, nocujesz na dworcu :)

2. "Pasażerów czekających na pociąg pospieszny do Lublina uprzejmie prosimy o przejście z peronu 2 na peron 5. Powtarzam. Pasażerów czekających na pociąg pospieszny do Lublina uprzejmie prosimy o przejście z peronu 2 na peron 4". (mam na to świadków - koło mnie szło dwóch chłopaków, którzy też wychwycili nieścisłość, sprostowania nie było. Dlatego trzeba podróżować w dwie osoby, jedna czeka na peronie 4, druga na 5 :)

Dodatkowo dworzec zachodni to idealne miejsce dla hazardzistów. Planowo pociąg do X. który kursuje mniej więcej co pół godziny, odjeżdza z peronu 4, tylko o godz. 16:50 i 17:20 z peronu 5.Tak wiec o tych właśnie porach podróżujący dzielą się na dwie grupy: pierwszą stanowią Ci, którzy wierzą w ład i porządek - Ci czekają na peronie 5, drugą zaś tworza osoby znające życie, które nie wierzą, że pociąg stanie tam gdzie powinien. Oczywiście, dworcowa obsługa uważa, że X to na tyle nieznacząca miejscowość, że nie ma potrzeby zapowiadania wjazdu pociągu do niego. Tak wiec, kiedy pociąg pojawia się w pobliżu dworca, z dwóch peronów wychylają się głowy - czy dzisiaj pociąg stanie zgodnie z rozkładem? A moze maszynista odruchowo stanie na innym? Chwilę później szalony tłum, pełen zarówno młodzieży jak i emerytek, w szalonym pędzie pokonuje schody w dół. Dzisiaj stanął na 4, czyli niezgodnie z rozkładem - ale najważniejsze jest teraz, żeby zdążyć. Pociąg staje przecież tylko na ok. minutę i nie czeka na praworządnych maruderów, który przebijają sie przez tłum w podziemnym przejściu. W końcu za pół godziny jest kolejny pociąg, może wtedy pechowcom poszczęści się przy typowaniu peronu... 

czwartek, 18 stycznia 2007

Styczniowa codzienność. Poranne wstawanie po ciemku, na dworze mokro, zimno i przeraźliwie goło. Coraz mniej mam chęci i sił, żeby rano zwlec się z łóżka - chociaż czy można mieć czegoś mniej, jeśli się tego w ogóle nie ma? Dopiero po porannej, spokojnej kawie świat zaczyna nabierac realnych kształtów i jakoś daję radę wyjść z domu. Później czeka mnie najmniej przyjemna część dnia - dojazd do pracy zatłoczoną koleją. Niestety, mój organizm nieco się buntuje i już parę razy taki przejazd nieomalże zakończył się omdleniami. Teraz wiec mam przy sobie obrońcę w osobie męża, który w razie czego prosi o miejsce dla mnie. Na szczęscie od dwóch tygodni brzuszek zrobił się całkiem widoczny i czasem wystarczy żebym tylko niczym rasowy ekshibicjonista, rozchyliła płaszcz a młode dziewczyny ustępują mi miejsca. Jestem im bardzo wdzięczna, bowiem na widok tłumu prześladują mnie potworne wizje nagłego zasłabnięcia, podczas którego zostaję okradziona i rozdeptana doszczętnie przez ściśnięty tłum.

Młode coraz mocniej sygnalizuje swoją obecność. W okreslonych porach, często zaraz po posiłku, dostaję nagle sójkę w brzuch (tzw. "bodek - czyli małe bodzie), przypominającą, że nie jestem sama. Jednocześnie Potomek jest nieco wstydliwy a może nie lubi ingerowania w swoją intymność - kiedy przyłożę mocniej rękę na brzuchu, ruchy zamierają. Dokładnie to samo dzieje się, kiedy tę rękę połozy M. Dopiero po jej zdjęciu zaczynają się prawdziwe harce, suguerujące, że ich wykonawczyni/wca miałby się urodzić jednak w znaku rogatego byka, a nie, jak na właściwy termin przystało, pod znakiem czerwcowych bliźniąt.

Z powodu fatalnej pogody, Hania złapała uciążliwe przeziębienie, bidula męczy się i dzielnie walczy z katarem, kaszlem i zapuchniętymi oczkami. Jak na Haniołka przystało, nie traci humoru, jak tylko obudzi się rano i zobaczy jak przemykam miedzy łazienką a garderobą odziana jedynie w bielizne woła na cały głos "Golasie, ubierz się!". Jednak już jej sam widok sprawia, że az kraja mi się serce, dobrze, że zaczyna już po mału zdrowieć.

Z ostatnich ciekawych wypraw gorąco polecam Arkę Wilkonia w warszawkiej Zachęcie. Zarówno Hani jak i nam, bardzo się podobała - Hani najbardziej podobał się "klokodyl i lekin" czyli krokodyl i rekin :) Z powodu dużego zainteresowania, przedłużono wystawę do 8.02. Jak na rodowitych warszawiaków przystało, po zaznaniu intelektualnych rozkoszy, zaspokoiliśmy niższe potrzeby w pobliskim barze mlecznym Uniwersyteckim" tzw. Karaluchu - ale trzeba lubić ten rodzaj gastronomii. My mamy do niej duży sentyment, a i Hania zapałała miłością do barów a zwłaszcza do spracowanych, ale bardzo miłych pań - mam tu na myśli szczególnie bar mleczny na nowym mieście, bodajże barbakan.

A tu link do "Arki Wilkonia":

http://serwisy.gazeta.pl/cjg/1,31904,3780728.html
środa, 17 stycznia 2007

W zasadzie miałam na swoim blogu nie ustosunkowywać się do bieżacych wydarzeń politycznych, bo to blog Hani (a niedługo i kolejnego maluszka :)

Jednak ostatnio po raz kolejny krew mnie zalała, dlatego muszę sobie tutaj ulżyć :)

Chodzi o to, że zauważyłam pewną tendecję: we wszelkich aferach, konflitkach, w których biora udział obydwie płcie, winna jest zawsze kobieta.

Przykład 1. Czyli afera w Samoobronie. Na pewno wiecie, poseł "Łyżwa", oskarżające go o molestowanie posłanki z Anetą K. na czele etc. Nie wnikając w szczegóły kto kłamał a kto nie, kto jest czyim ojcem jakie były komentarze do sytuacji? Chodzi mi oczywiście o komentarze zwykłych ludzi, którzy mówią to co myślą. Otóż winne były (jedynie!) posłanki, przecież wiedziały co robiły. Winna była Aneta, w końcu zawarła zwykłą transakcje (praca za seks) to o co jej teraz chodzi? Za mało jej? Za przeproszeniem "w dupach im się poprzewracalo!". Żona posła przeszła już samą siebie głosząc publicznie, że dobrze, ze tak się działo, że to dowód, że taki chłop "może". Zostawię to bez komentarza.

Prawie nigdzie nie usłyszałam słowa potępienia dla meżczyzny. Przecież ta sprawa jest obrzydliwa z powodu dwóch aspektów: Poseł nie dość, że wykorzystał kobietę to jeszcze jako przedstawiciel władzy ustawodawczej sprzedał stanowisko dla osiągnięcia własnych korzyści. To wszystko jest podwójnie niemoralne i nieetyczne. I właśnie z tych powodów poseł powinien być naznaczony.

(o winie lub niewinności kobiet zamieszanych w tę aferę w powyższej aferze nie będę się wypowiadać).

Przykład 2.

Sprawa Simona Mola celowo zarażającego dziewczyny wirusem HIV. Polecam artykuł:

Wynika z niego czytelnie czarno na białym, że Simon dokładnie wiedział, że jest nosicielem wirusa. Jako człowiek wykształcony i podobno inteligentny musiał sobie zdawać sprawę, co to może oznaczać dla jego partnerek. Były to zwykłe dziewczyny, często zakochane po raz pierwszy, łatwowierne, które miały po prostu za dużo zaufania do Simona. Jak na to zareagowała opinia? Same są sobie winne, po co szły z murzynem do łóżka! " Ich wina, powinny sprawdzić z kim się wiążą" . Racja, powinny to sprawdzić, ale ile ludzi pyta o wirus HIV przed pierwszym seksem? A co z potępieniem głównego sprawcy?

Podziwiam szczególnie dziewczyny za determinację w działaniu, aby kolejne ofiary nie podzieliły ich losu. Ich próby kontaktu, rozmów, spotkań, meili, na które Simon odpowiadał stekiem okrutnych wyzwisk. Jest mi ich po prostu żal - podjęły jedną błędna decyzję, która zmieniła ich życie. Jednak jak pomyślę o aroganckim Molu, który chce uczynić z siebie ofiarę nagonki, zasłaniając się jak tarczą rasizmem i nawet teraz nie potrafi stanąć na wysokości zadania i wziąć odpowiedzialności za swoje czyny, to az zaciskam pięsci.

PS. Skończe na wesoło jawnym przykładem dyskryminacji z dzisiejszej gazety wyborczej, gazeta stołeczna- warszawska, str. 1 (tytuł Panie, tanie sikanie)

W skrócie: uruchomiono na nowo szalet publiczny. I teraz cytuję: " Za korzystanie z niego trzeba będzie zapłacić - złotówkę za pisuar i dwa złote za kabinę". I co faceci nie mają lepiej? Płacą połowe mniej za możliwość oddania moczu! ;)

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,3846291.html
wtorek, 16 stycznia 2007

Jedną z fajniejszych rzeczy w kontaktach z dwulatkiem jest to, że nie trzeba się z nim tylko bawić grzechotkami, lalami. Można też łącząc przyjemne z pożytecznym, bawić się z dzieckiem w tzw. Życie.

I tak na przykład, jeden z naszych nowych zwyczajów kryje się pod kryptonimem "Kto przyniesie kartofelki z piwnicy". Na dźwięk tego pytania, córa moja od razu krzyczy "Hania!" po czym szybciutko biegnie do kuchni. Tam bierze specjalny koszyk, następnie staje przy drzwiach do piwnicy, mówiąc "Mamusiu, otwóź dźwi plosię". Po chwili schodzimy razem w dół, Hania oczywiście idzie sama i po chwili docieramy do skrzynki w kotłowni. Tam Haniołek starannie wybiera "kaltofelki dla Tatusia dla Mamusi i dla Haani". Jak przystało na pedantkę, starannie urywa wszelkie narośle, co wydłuża nieco czas pobytu na dole, ale już po chwili z powrotem jesteśmy w kuchni - koszyk, bez względu na wagę, niesie oczywiście Hania. Siadam na krzesełku a Hania w tym czasie biegnie do szuflady, wyciąga obieraczkę i mi przynosi. Chwilę później staje przed szafką z garnkami i zastanawia się na głos: ten za duzi, ten za mały... Wybieramy wiec odpowiedni razem i napełniam go wodą. Siadamy naprzeciw siebie, ja obieram, a Hania podaje mi kartofele (mamusiu, ten ma bziusiek i głowe!) a te obrane wrzuca do wody "o, kartofelek golas!" i starannie liczy "jeden, dlugi, czwarty, piąty, dziesięć!"

Fajne, że rytuał obierania ziemniaków może stanowić dla kogoś źródło takiej fascynacji - jak dorośnie to jej przejdzie :)

Wczoraj razem robiłyśmy ciasto, ile radości zrobiło jej wrzucenie cukru waniliowego! Zapatrzona we mnie, próbowała nawet obierać jabłka, szczególnie zaś dziwiła się przy ręcznym wyrabianiu ciasta - ten pierwszy kontakt z dziwną, plastyczną masą, konieczność ugniatania, ubrudzenie się, maź żółtka, aksamitność śmietany i pudrowość mąki, zrobiły na niej duże wrażenie. Kiedy doprawiałyśmy jabłka, miała cały nosek w "cymanonie".

Deklaracje pomocy otrzymuję przy większości domowych robót - Hania zamiata podłogę, szczęsliwe rozmazując śmieci po pół kuchni, ale czasem jej też to wychodzi. Również ona przynosi z pokoju do kuchni kubki albo zanosi drugiemu z nas to co jej się da. Sama doprawia swoja kaszkę vibovitem, starannie pukając paluszkiem.

Ech, jeszcze nauczy się ścielić łóżka i robić obiad i będzie dobrze :)

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru