niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
poniedziałek, 30 stycznia 2006

Doszłam do wniosku , że prowadzenie domu przypomina grę komputerową. Najpierw trafiasz na poziom pierwszy : stage 1. Masz jedno zycie, ograniczone zasoby czasowe i przestrzenne i szereg zadań do wykonania: zmywanie, gotowanie, pranie, sprzątanie. W finale poziomu pierwszego pucujesz pracowicie podłogę, drugą ręką podlewasz kwiatki, jednym okiem pilnujesz obiadu w piekarniku a drugie rzucasz na dziecko, które właśnie ściąga ze stolu Twój telefon komórkowy. Chwila wysiłku i...udało się! W domu posprzątane, dziecko pięknie umyte i najedzone śpi w łóżeczku, mąz najedzony, jest nawet pozmywane. Jestem wielka, myślisz - a tu bład! Zaczynasz bowiem poziom drugi zwany stage 2 (stejdż tu). Tu na ambitnego gracza czekają kolejne intrygujące zadania. Czasu jest znacznie mniej, ale dochodzi jeszcze umycie szafek kuchennych, dokładne umycie luster w całym domu, okien, upranie firanek. Spieszysz się, coraz mocniej klikasz myszką, Twoja energia wraz z atrakcyjnością maleją, ale nic to bo już za chwilę będzie finał, jeszcze tylko upranie dywaników i już jesteś. Zataczasz błędnym wzrokiem, usatysfakcjonowana, Ha, daleko zaszłaś, prawda? Gratulacje, ale zaraz zaraz co to, zaczyna się już stejdż 3? Nie masz wyboru, jak się powiedziało A...zakasujesz więc rękawy pieczesz więc wymyślne ciasto, zakuwasz po nocach nowe słówka do angielskiego. W Twoim domowym ogródku hodujesz roślinki (ekologiczne) albo chociaż masz zielnik, kupujesz sobie maszynę do chleba, bo domowy chlebek smaczniejszy, robisz dziecku sweterek na drutach a koty uczysz spuszczać po sobie wodę w kiblu. Zapisujesz się na kolejne kursy i kiedy ledwie żywa wracasz do domu widzisz, że właśnie zaczełaś poziom 4 ...masz dwójkę dzieci, rodzinę na utrzymaniu, jesteś wegetarianką, maż je tylko mięso, dziecko się żywi tylko potrawami z pomidora a drugie mogłoby jesć tylko nabiały...przygarniasz psa a właściwie suczkę w ciązy....poziom 5 coraz bliżej i kiedy już prawie masz w ręku zwycięstwo...trach...zasnełaś zanim zdążyłaś posprzątać, zupa niezrobiona, mąż ma nieuprasowaną koszulę

                                               Game over

Zaczynasz znowu od poziomu 1. obiad, zmywanie, sprzątanie, podłogi....

Przy takiej grze wszystkie doomy, diablo i inne wymiękają.

Nie próbujcie osiągać ostatniego poziomu - czyli ideału. Po pierwsze niewiadomo, po którym poziomie on następuje, a po drugie bardzo krótko trwa ta chwila, bo automatycznie upomina się o Ciebie poziom pierwszy: mama da!

I jeszcze jedna sprawa - podczas gry zawsze można zrobić exit, tu - nie zawsze.

No to miłej gry!

czwartek, 26 stycznia 2006

Udało się wreszcie!


W końcu złożyłam dokumenty niezbędne do tego, aby odebrać dyplom ukończenia studiów na mojej szacownej uczelni. Cóż, przyznaję się Wysoki Sądzie - od obrony magisterki minęło już 1,5 roku. Wiem że powinnam zrobić to wsześniej. Na swoja obronę mogę jedynie przywołać fakt iż w czasie tym zajmowałam się bardziej zajmującymi zajęciami jak na przykład wychowanie małego dziecka czy też zarabianie na chleb nasz powszedni. Jednak Sąd w osobie Pani z Dziekanatu okazał się być bezlitosny.


Najpierw stosowną reprymendę otrzymałam przez telefon, potem kolejną - na żywo w okienku. Stanęłam w Dziekanacie niepewna tego co nastąpi - w końcu formalizacja lubi się rozmnażać przez pączkowanie, a Panie z Dziekanatu to już osobna kategoria urzędnika. Tak jak to opisują wszelakie historie i krwawe dowcipy, nie ma wiekszej od nich władzy (rektor wymięka :). Kobiety te, zmutowane genetycznie, odporne są na wszelkie jęki studentów, prośby, za priorytet uznając li i jedynie dokumenty z podpisem obecnego rektora. Nie raz słyszałam jak ta czy owa wydzierała się na zahukaną studentkę, która chciała zmienić jeden wykład na drugi, bezczelna! Jak się nie podoba to droga wolna... Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć, istnieją cudowne Panie z Dziekanatu, jak chociażby pani Irenka (pozdrawiam) czy też Krysia (pozdrawia M.- o tym wiedzą szczególnie osobnicy płci męskiej, gdyż piętą achillesową PzD są młodzi, mili przystojni i grzeczni studenci.

Wracając jednak do rzeczy - w okienku zastałam pustkę. Pomimo moich nawoływań nikt się nie pojawił, w końcu respect musi być :)) Dopiery kiedy po paru dobrych minutach zaczełam zaglądać do leżących obok teczek ktoś się zaciekawił. Pani pouczyła mnie, że "oj, nie spieszyło mi się" , że "ona dzwoniła do mnie, a ja nic" ja na to, że nie pamiętam takiego telefonu, a pani "a jak to ja mam to o tu tu tu (umalowany perłową emalią paznokiec wybijał miejsce) zapisane". No i przeze pani z dziekanatu zaharuje się biedaczka, bo dyplom trzeba przepisać -w miedzyczasie zmieniły się władze uczelni. Cóż wstyd mi i przykro, ale co się stało to... No dobrze, rzekła łaskawa PzD
kiwając do mnie głową niczym królowa, proszę zadzwonić do mnie za miesiąc i dowiedzieć się czy już jest wypisany dyplom - po czym Pani oddaliła się majestycznym krokiem, a ja opuściłam dziekanat z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Co tam miesiąc.

środa, 25 stycznia 2006

Dużo rzeczy ostatnio mnie bulwersuje. Najpierw sprawa nastolatka, który utopił się w jeziorku na jednym z warszawskich blokowisk na oczach tlumu przyglądających się gapiów. Chłopiec topił się ledwie cztery metry od brzegu, a głębokość w tym miejscu nie przekraczała 1,5m. Dodam jeszcze, ze cała sprawa działa się jeszcze przed tymi wielkimi mrozami. Az nie chcę sobie tego wyobrazić - tłum ludzi przygladający się bezmyślnie tragedii, przecież wystarczyło, ze zrobili by łańcuch - złapali się za ręce i chłopaka dałoby się uratować. I co, zabrakło odwagi? Wrażliwości? Rozmyta odpowiedzialność tłumu?

W zeszłym tygodniu wydarzyła się inna tragedia - młody facet jadąc z niedozwoloną prędkością (100 km/h)podczas manewru wyprzedzania wpadł w poślizg, wleciał na przystanek taranując znajdujące się na nim osoby i spadł wraz z autem z wiaduktu jakieś 5-6m. Kierowcy prawie nic się nie stało (jak to zwykle bywa w takim wypadkach) , ale w wyniku tego wypadku zmarło już 5 osób. Wyobrażacie sobie, ktoś wychodzi do pracy i już nie wraca?Ktoś Wam bliski, sąsiadka, znajomy? Niby zdajemy sobie sprawę, że jest tyle niebezpieczeństw, ale na przystanku? Przez czyjąś głupotę, brawurę, jakkolwiek by to nazwać? Swoją drogą kierowcy nie zazdroszczę, w przeciągu ułamku sekund z powodu własnych nieodpowiednich decyzji zmarnował swoje zycie. Parę minisekund - i ludzie nie żyją a on spędziwszy kilka lub kilkanaście lat w więzieniu zawsze już będzie żył w cieniu tamtych osób. A wystarczyłoby tak nie szaleć, nie spieszyć się, cholerna agresja za kierownicą, ja jestem król szos i musze jechać pierwszy...

A sprawa ostatnia to sprawa pochówku ks.Jana Twardowskiego. Wbrem jego wyraźnej woli spoczęcia na Warszawskich Powązkach, testamentowi, wykupionej kwaterze, wbrew leżacym obok rodzicom, prymas postanowił zlekcewazyć jego ostatnią wolę (jak dla mnie to rzecz świeta) i potraktować jego zwłoki jako turystyczną atrakcję, komercyjną zachętę do odwiedzin w świątyni, która dzień po dniu niszczy piękne pola wilanowskie i która zapewne ma się stać świadectwem wielkości prymasa, a jest dowodem na jego próżność i brak wszelkich zasad. Kto jak kto, ale kapłan, jakim Glemp przecież jest, powinien dawać przykład poszanowania drugiego człowieka. Coż może być wiekszym uszanowaniem zmarłego niż spełnienie jego ostatniej woli? Wstyd i hańba panie prymasie (celowo małą literą), ot co!

I proszę nie mówcie, że narzekam, ja tylko stwierdzam fakty. Koło takich sytuacji przejść obojętnie nie sposób, a nawet jeśli to świadczy to o braku wrażliwości. Jak dobrze Haniu, że Ty jeszcze nie wiesz co się wokół Ciebie dzieje, jak dobrze, ze otaczają Cię kochające osoby. I niech tak póki co zostanie.

wtorek, 24 stycznia 2006

Ponieważ stuknął roczek Haniołkowemu blogowi postanowiłam pogratulować sobie, ze udało mi się pisać aż przez cały rok. Odśpiewałam po cichu 100 lat mojej grafomańskiej pasji a w ramach prezentu zajrzałam do najciekawszego działu statystyk na serwerze, żeby dowiedzieć się po jakich hasłach trafiali do mnie goszczący czytacze. Przyznam, że lektura jak zwykle powaliła mnie na kolana, moja wyobraźnia okazała się zbyt uboga jak na pomysłowość googlowców.

A o to najsmaczniejsze hasła po jakich trafiano do mnie po wyszukiwarce:

- co robią książki nocą w bibliotece (zaczynam się zastanawiać..taki na przykład słownik i przytulona do niego bokiem encyklopedia, noc, cisza i słychać tylko szum kartek...juz chyba wiem skąd sie biorą takie małe tomiki poezji ;)

- jak życ, zeby życie sens (czyżby ktoś mógł ode mnie czerpać inspirację?)

- dupa życiowa (no bez przesady! ;))

- goła noga starszych pań (mój nr 1. :)

- nie ma ubikacji dla petentów (biedacy)

- etyka noszenia mini źle świadczy o kobiecie (Hę? )

- moja dziewczyna karmi mnie piersią (szczęściarz ;P

Nie wspomnę już, że trafiło do mnie sporo potencjalnych samobójców, zgwałconych kobiet i zdołowanych ludzi (hasła: samobójcy, zgwałcona, na poprawę humoru).

Tematów dziecięcych nie wspominam, jako że blog jest teoretycznie ku nim dedykowany. Jednak niektórych bardziej od tematów rozwoju niemowlaków kusi goła noga starszych pań (wspólna?).

Wszystkim spragnionych wrażeń, którzy nie zasnęli przy lekturze notek bardzo dziękuję za miłe wizyty. A googlowców proszę - ujawnijcie się, dajcie sie poznać! Do widzenia czytania!!!

dla Mikanm za pomoc w ustawieniu suwaczka (od pół roku próbuję go tam umieścić i nic!)

Madziu, jesteś boska!

Bardzo się cieszę, od razu wygląda to tak jak powinno!

poniedziałek, 23 stycznia 2006

Zimno wszędzie, mroźno wszędzie co to będzie? Co to będzie?

Nic nie będzie, do pracy chodzić wciąż trzeba. Chociaż mrozy sprawiły, że zmieniłam się w typowego dachowca - mam ochotę napchać swój wciąż pusty brzuszek i zwinąć się w kłębek na wygodnej i ciepłej kanapie, ostatecznie może być zapiecek.

Na szczęscie, parę dni słońca dodało mi trochę energii, Hania motywacji i ostatni weekend spędziliśmy całkiem aktywnie. Na początek zwizytowaliśmy pobliski bazarek, gdzie wśród pustych alejek wiatr hulał. Pewna Baba, u której chętka na interesy była wyższa niż wrażliwość na temperaturę, zbijała majątek na okolicznych mieszkańcach, wykorzystując chwilowy brak konkurencji. Kolejkę tworzyli zwłaszcza panowie z długimi listami zakupów od żon, które zapewne w tym czasie czyściły swoje zadbane mieszkanka. Hanka, nie zrażona temperaturą łaziła tu i ówdzie, na szczęscie odpuściła sobie łowienie rączką ogórków w nawpół zamarzniętej beczce.Z uwagi jednak na czerwieniejące lica Potomkini szybko zmyliśmy się do domu.

W weekend zaliczyliśmy jeszcze wizytę na Rally show, dokąd zabrał nas M. Bardzo podobała nam się reakcja Hanki - łaziła z nami i oglądała większość pojazdów, dłużej zatrzymując się przy tych, w których grała wystarczająco mocna muza. Zagapiła się też na witrynę z gadżetami i wlepiła wzrok w sportowe sprzęgło- śmiejemy się, że odziedziczyła zainteresowanie po rodzicach. Na wszelki wypadek uczymy ją gdzie jest koło, rura wydechowa i inne elementy auta brum brum, bo czym skorupka za młodu nasiąknie...wciąż jestem zdania, że w naszym kraju za mało jest dobrych kierowców. A żeby dobrze jeździć, trzeba to lubić.

Jeśli chodzi o mnie to dla siebie wziełabym miśka lancer z diverse extreme tour (zdjęcie w dolnym rzędzie, pierwszy od lewej), M. pewnie pięknie przerobionego audziastego. A Hanka? Zdalnie sterowaną zabaweczkę za parę dobrych tysięcy :))

Moja walka z mrozami póki co polega na wyszukiwaniu przepisów na szczególnie sycące dania oraz hektolitrach herbaty z cytryną i trochę mniejszych ilości grzanego wina (wieczorami oczywiście). Niezbędne też ciepłe ubranie, milutki kocyk oraz wciągająca książka. Na nic to jednak, kiedy trzeba porzucić domowe pielesze i raniutko iść do pracy. Oby do wiosny...

http://rally.rsc.pl/Rzemieslnik_web/galeria.php?id=105
czwartek, 19 stycznia 2006

Odszedł Człowiek Wielki swoją mądrością i skromnością. Człowiek, który potrafił patrzeć na wskroś i widzieć te najmniejsze, napiękniejsze cuda, jakie nas otaczają. W każdym człowieku widział dobro a w Bogu przede wszystkim zrozumienie cierpliwość i wybaczenie oraz - co wazne wspomniania - uśmiech.

Był lekiem na arogancję, pychę i przerost formy nad treścią kościoła katolickiego. Na przekór wielkim nowobudowanym kościołom mówił, że Bóg najbliżej nas jest w małym drewnianym kościółku. Był moją nadzieją na to, że chociaż nie należę do koscioła, nie uznaję jego formy,krótkowzroczności, ceremonialności to moja wiara jest czymś wielkim i prawdziwym, wbrew temu co mi mówią. Był wiarą, ze dobro i miłość zawsze wygra, bo przejawia się w kazdej formie życia.

Ks. Jan Twardowski.

  

środa, 18 stycznia 2006

Jak wygląda Wasze wewnętrzne ja? Jak widzicie siebie samą/samego własnymi oczami? Zamknijcie oczy, kim jesteście w waszych myślać? Ile macie lat, jaki macie nastrój, charakter, w co jesteście ubrani?

Lata mijają a moje wewnętrzne ja zmienia się w niewielkim stopniu. Twardnieje pokrywa, ale moj środek wciąz się nie zmienia.

Mam 22 lata (normalnie trochę więcej :) Jestem młodą dziewczyną, już nie osiemnastką (rany, co to był za głupi okres!) ale jeszcze przed kryzysem 30 lat. Już nie jestem naiwna, a jeszcze nie rozczarowana tym co mi przyniosło zycie. Jeszcze wierzę, że mogę, ale nie wszystko.

Mam długie włosy, ciepłe oczy, które patrzą z uwagą, iskierki gotowe by sie zapalić. Malutkie dłonie i stopy. Ciało ot takie, do przeżycia. Jeśli chodzi o ubranie to w żadnym nie czuję się dobrze. Jestem z tych osób, ktorym szalik wpada do kałuży, but do dziury a bluzka plami się po wejściu do pracy. Z tego też nie przykładam dużej uwagi do tego co mam  na sobie. To kompromis miedzy wygodą a kobiecością.

Moje ja różni się trochę od tego jaka jestem naprawdę. Ciekawa jestem bardzo jak jestem postrzegana przez ludzi. Odbieram naprawdę najróżniejsze sygnały. Z jednej strony jako osoba bardzo ciepła i wrażliwa (miałam tę przyjemność, że wiele ludzi zaufało mi i opowiedziało mi pół swojego życia, raz nawet w pewnej dramatycznej akcji udało mi się odratować znajomego z planowaej akcji samobójczej), z drugiej zaś jako jednostka zarozumiała i zamknięta w sobie (ach ten mój introwertyzm i strach przed ludzmi). Obcy ludzie bez wahania powierzają mi cały swój dobytek, kontrolerzy w metrze, autobusach prawie zawsze omijają mnie nie wierząc, że taka osoba jak ja może jechać na gapę :))

A jak Wy siebie widzicie? Jaki jest ten wasz środek? Jakimi się czujecie i jak myślicie jak jesteście odbierani przez ludzi? Napiszcie mi proszę...

Chyba najbardziej charakterystyczną cechą Haniołecka jest śmiech. Hania uwielbia się śmiach i śmiechem reaguje na to co ją spotyka. Udało sie zgasić kontakt, co za radość! Kotek przeszedł obok, ale fajnie ha ha ha! Mama na mnie patrzy uśmiechnę się do niej hihihi!

Śmiech Hani rozbrzmiewa w mieszkaniu przez cały dzień, nie widziałam chyba radośniejszego dziecka. Nie myślcie sobie jednak że jest to słodki dziewczęcy głosik, o nie. Hania zanosi się niskim, basowych śmiechem. Coś jakby he he he, wydobywane z najgłębszych wartw trzewi.

Śmieszne to prawda? Ha ha ha!

:))

wtorek, 17 stycznia 2006

Nadszedl wiec w końcu styczeń a zima trwa i trwa, jakby nigdy nie miała się skończyć. Przecież dopiero się zaczęła, nie narzekaj, mówi M. Ale sam jakoś też czuje zimowe klimaty po kościach. Nie wybrał się bowiem na spotkanie przy piwie, stwierdził marketingowo, że skoro następnego dnia też ma gdzieś wybyć (czyt.naprawiać auto u kolejnego cudownego fascynata pana Miecia czy Zbysia w bliżej nieokreślonych okolicach podwarszawskich), to zostanie ze mną, żeby mi nie było smutno skoro dwa dni pod rząd go nie ma. Niestety, miła to ja jestem, ale naiwna to już raczej nie, więc zachęciłam M. Żeby jednak pojechał na imprezę, bo mi smutno nie będzie, książki mam, robotę a przed snem mogę się przytulić do nowo nabytego i obcałowywanego przez Hanię misia. Tutaj M. westchnął i w końcu przyznał, że tak naprawdę to woli być ze mną wieczorem w domu. Niezła bajera, ale wiem, że jak zrobi się cieplej to będzie znacznie mniej takich wieczorów.

Przyznam się może też, że w związku z restrykcyjnym planem oszczędnościowym i planami wagowymi, jestem na częsciowej diecie. I cierpię straszliwie. Może nie tyle dlatego, ze się głodzę, bo to nieprawda, najgorsze jest jednak odmawianie sobie pewnych przyjemności (czyt.wydatków-przekąsek), na nich bowiem mogę przyoszczędzić i niczemu budującemu one nie służą. Ach te popołudniowe kawy po pracy w cofee heaven, a zwłaszcza moje nowe odkrycie Tiger Spice Chai (z cynamonem, kardamonem i gałką muszkatołową). Ach te przekąski w stołówce, na mieście, nocne podjadki! Jedzenie to jedna z największych przyjemności jakie znam i odmawianie sobie drobnych jej przejawów aż boli. A może jestem uzależniona? Nieee...jak na złość moja droga do domu wypada koło rozlicznych budek z fast foodami, które aż proszą o spróbowanie, a mój biedny żołądek, wyposzczony na kanapkach w pracy, żebrze o litość. Żeby było jasne - obiady jadam normalne, tyle że w domu.

Przyznam się szczerze, ze zawsze byłam chudą szczapą i obce mi było odmawianie sobie jedzenia. Nie to, ze pławiłam się w rozkoszy bycia szczupłą - byłam chuda, o czym boleśnie przypominali mi wszyscy napotykani znajomi i rodzina (jakby to było śmieszne). Nie narzekam - każdy w końcu ma swoje dole i niedole, ale teraz role się odwróciły i już wiem, dlaczego każda gazeta, żeby się dobrze sprzedawać, musi mieć rubrykę z dietą. I tymbardziej nie mogę się doczekać do lata, kiedy to będę bezkarnie obżerać się pomidorami, cukiniami, sałatami, owocami, bobem, fasolką szparagową, świeżym szpinakiem.

A ta zima ciągnie się i ciągnie....

 
1 , 2
Zakładki:
* Hania czyta
* polecam
* teraz czytam
Czytelnia
Czytelnia blogowa
Dziecięce
Kiedyś jak miałam czas grałam
Lista obecności
Mamowe pichcenie
Mamy, Taty i dzieci
Moje pasje wszelakie
Odwiedzam
Oglądam
Taniec
Uczę się
Wnętrza
Zwierzątkowo
Hanusia Bru