niezwykłe dzieje zwykłej rodziny
Blog > Komentarze do wpisu

Nie było nas i o Dzielnej Narciarce

Moja córka dała mi właśnie świetną lekcję macierzyństwa i życia w ogóle. I cieszę się z tego bardzo.

Hania zawsze była raczej spokojną, refleksyjną dziewczynką. Nie za bardzo ciągnęło ją do sportów, podczas wizyt na basenie bała sie wody i kurczowo trzymała moich objęć. Uznałam, że ten typ tak ma i odpuściłam temat.

Pierwsze zdziwienie przyszło na poczatku stycznia. Wzięliśmy dzieciaki na lekcje pływania na basenie. Podczas pierwszej lekcji Hania trzymała się mocno moich rąk, pływając w rękawkach. Wszelkie próby puszczenia jej kończyły się straszem i płaczem. W tym samym czasie Bruniek pływał sobie obok zupełnie sam, też z rękawkami, w zasadzie unosił się na wodzie niczym boja (nie chciało mu się machać nogami, Leniuchowi). Na drugich zajeciach zamieniliśmy sie dziećmi z M. i Hania w silnych objęciach Taty i z pomocą sympatycznego instruktora uwierzyła w siebie! Zaczęła pływać sama, nawet na plecach.

Jednak największa niespodziankę Hania zgotowała nam parę dni temu. Dzieki szwagrowi i siostrze, wyrwaliśmy się na parę dni na narty. Postanowiliśmy postawić Hanię na nartki a może i narty. Nie robiłam sobie wielkich nadziei i tu czekał mnie szok - Hania od razu chwyciła temat! Dosłownie od pierwszej chwili pokochała narty! W związku z tym wypożyczyliśmy jej prawdziwe buty z nartami i umówiliśmy na pół godziny z sympatyczną instruktorką, P. Halinką. Hania była zachwycona i dzielnie robiła nartkami "duże A". Już przy drugim zjeździe w dół dostała specjalną uprząż i w niej zjechała na sam dół. Nasza rodzicielska duma była już wtedy większa niż otaczające nas góry, ale najlepsze przyszło wieczorem. Hania chciała znowu pójść na narty i to na dużą górę, z trudniejszym stokiem i z cudownym wyciągiem kanapowym. Maużon stwierdził, że da radę i pojechaliśmy. Wszędzie ciemno, mgła i lekki mróz, a Hania z M. zasuwają w dół zbocza. Rumiana i uśmiechnieta Hania, chociaż to domowa pora snu woła, że jeszcze chce jechać i zmyka na nartach. Cudowny widok. Sam taki zjazd wymagał dużej siły i precyzji od M. który musiał jechać tuż obok (za) Hanią i ją asekurować i kierować, sam nie mógł się przewrócić, pomimo lodu i nierównego miejscami śniegu. Zaimponował mi wtedy bardzo swoją cierpliwością, spokojem i determinacją, pomyślałam, że jest naprawdę dobrym Tatą i że ja też takiego bym chciała :) 

W następnym dniach Hania chętnie chodziła na narty, nawet po najbardziej męczącym dniu. Na nieszczęście, na szczycie góry dopadła ją nagle choroba, mimo tego dała dzielnie radę zjechać, znajdującym w tym jeszcze mnóstwo radości (Mamusiu, wyrzygałam i już mi lepiej, możemy jechać!).

Hania nauczyła mnie, żeby nigdy nikogo nie wkładać w szufladkę. Nawet własne dziecko może Cię zaskoczyć któregoś dnia i pokazać, że stać go na znacznie więcej, niż się myśli. I postanowiłam opiekę sportową nad Hanią przekazać w większej mierze Maużonowi, ja chyba nałożyłabym nad nią zbyt wielki parasol ochronny, znając moją i jej wrażliwość. Spokojny i silny Tata za to pozwala na pokonywanie własnych lęków i zdobywanie nowych obszarów.

Mojej dumy z osiągnięć Hani, nie jestem w stanie chociażby w części opisać. Pomyślałam sobie, że jest to jedno z tych odczuć, uczuć, których nie zrozumiałabym, dopóki nie stałam się mamą. Aż do wczoraj uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja sama unosiłam się gdzieś w chmurach, Hania zaś musiała wysłuchiwać milion razy dziennie, jacy to jesteśmy z niej dumni i jaką jest dzielną narciarką. W przyszłym roku, jak sie uda, kupimy jej narty i wyruszymy po raz kolejny zdobywać stok, tym razem na dłużej!

Niestety, teraz chorótek leży zmożony wirusem rota. Nie ma sił, spi i wymiotuje. Oby szybko wróciła do zdrowia!

czwartek, 22 stycznia 2009, ingutka

Polecane wpisy

  • Mała kobieta

    Zemsta pokoleniowa. Dopadła mnie nagle, chociaż niby mogłam się jej spodziewać, ale skubana uśpiła moją czujność na dobre. Ja, która zakupy ubraniowe traktuje j

  • Wróciła kolonistka

    Opalona, ze złotymi warkoczami i promykami włosów wokół twarzy. Zadowolona, uśmiechnięta, z walizką pełną opowieści i złotym medalem w kieszonce. Słońce wróciło

  • podsumowanie pierwszaka

    Ani się obejrzałam, a pierwszy rok z życia szkolnego córki minął niczym z bicza trzasnął. Może z tym biczem przesadziłam, ale fakt faktem, świadectwo rozdane, s

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/01/22 14:25:23
faktycznie, to bardzo ciekawe, jak często przylepiamy innym łatkę i potem już "idziemy na łatwiznę", ciągle myśląc o tych ludziach w ten sam sposób.
A następnym razem... może snowboard? Moim zdaniem na jednej desce jeździ się łatwiej ;) a potem łatwo się przesiąść na deskorolkę :)
pozdrowienia,
-
2009/01/23 10:19:25
zdrówka dla Hani!

I wiesz co, myślę, że to trochę nie tak z tymi szufladkami - gdybyś ja włożyła do szufladki to tak łatwo byś nie wyjęła, okazałaś się gotowa podsuwa jej wyzwania i pomagać jej je podjąc, czyli nie szufladka. A to, że jakąś wizję własnego dziecka/męża/przyjaciółki mamy, to niekoniecznie szufladka, tylko po prostu potrzeba opisania świata, IMO.
i
przekaż Hani gratulacje od ciotki :)
-
2009/01/26 23:49:14
a ja to jak zwykle ;) siem wzruszyłam, łezka mi się zakręciła jak w więszości przypadków gdy piszesz o Hani.
właśnie to mi kazało kiedyś TU zostać, gdy Cie pierwszy raz przeczytałam :)

pozdrowienia i gratulacje dla Hni, no i zdróka :*
(jakimiś zdjęciami Małej-Dużej narciarki bym nie pogardziła wcale ;) kropek77@gazeta.pl )
-
2009/01/27 16:11:25
MAćku - na snowboard jeszcze przyjdzie czas, na razie to ja nawet nie umiem jeździć na desce, ale kto wie, może Hania kiedyś mnie nauczy? :)

Marta - masz rację, to była raczej wizja. Dzięki za pozdrowienia!

Kropeczko - pozdrawiam ciepło!!! A zdjecia Hani właśnie zamieściłam!
Hanusia Bru